środa, 21 marca 2018

Jon Krakauer - Wszystko za Everest, Anatolij Bukriejew - Wspinaczka


Nie wiem dlaczego dopiero teraz sięgnąłem po te dwie pozycje. Może dlatego, że interesuję się himalaizmem od wielu lat i tragedię 1996 śledziłem na bieżąco? Może dlatego, że miałem jednak dość tej historii po burzy medialnej, którą rozpętała książka Krakauera? Może dlatego, że musiał minąć pewien czas od śmierci Bukriejewa, żebym mógł z dystansem podejść do obu pozycji, bo Bukriejew był tym, którego podziwiałem? Może nie chciałem się sugerować filmem "Everest" z 2015? W każdym bądź razie na początku 2018 wziąłem te dwie pozycje do ręki.

Może wyjaśnię o co chodzi.

Na początku lat 90-tych głównie w USA pojawiła się idea komercyjnych wypraw na Everest. To znaczy doświadczony już himalaista zbiera kilku innych doświadczonych i oferują pomoc w wejściu mniej doświadczonym amatorom. Nie całkowicie zielonym, bo jednak jakieś doświadczenie wspinaczkowe w wysokich górach trzeba mieć, ale niekoniecznie w ośmiotysięcznikach. Takie wejście kosztowało wówczas 50-70 tysięcy dolarów. W cenie masz zapewnioną pomoc logistyczną, wikt i opierunek, wynajęcie Szerpów i pomoc doświadczonego himalaisty. Oczywiście nikt za rączkę nikogo prowadzić nie będzie, ale w razie kłopotów... No właśnie...

Tą ideą zaczęły się interesować amerykańskie media. Jeden z bardziej poczytnych magazynów oudoorowych postanowił wysłać swojego dziennikarza na taką wyprawę, by opisał ją od środka. Krakauer, ów dziennikarz, miał już spore doświadczenie we wspinaczce (zdobył m.in. Cerro Torre, uważany za najtrudniejszy do zdobycia szczyt świata) , ale na ośmiotysięczniku jeszcze nie był. Dostał się do wyprawy kierowanej przez już doświadczonego w komercyjnych wyprawach Roba Halla.

Konkurencyjną wyprawą kierował młody Scott Fischer, błyskotliwy himalaista, ale dopiero zaczął stawiać pierwsze kroki jako kierownik komercyjnych wypraw (choć to on dwa lata wcześniej jako pierwszy wprowadził grupę amatorów na ośmiotysięcznik). Na swoją wyprawę w Himalaje zabrał również dziennikarkę. Oraz celebrytkę Sandy Hill, choć miała ona już duże doświadczenie wspinaczkowe. Powiedzmy, że to taka amerykańska Martyna Wojciechowska.

Rywalizacja między tymi dwiema grupami będzie jedną z przyczyn tragedii.

Sytuacja aż do ataku szczytowego przebiegała w miarę normalnie, poza kilkoma sytuacjami, które spowodowały m.in., że Scott Fischer musiał często przerywać aklimatyzację schodząc w dół do obozu i był przemęczony.

Atak szczytowy nastąpił trochę później niż zazwyczaj, a dodatkowo grupy straciły czas na oporęczowanie dużego obszaru, który to obszar obiecała oporęczować grupa idąca przed nimi. Na Everest z Obozu IV (najczęściej niedaleko Przełęczy Południowej 7900 m) wyrusza się koło północy. Przyjmuje się, że najbezpieczniejszym czasem wejścia, pozwalającym na bezpieczne zejście przez zapadnięciem zmroku, to godzina 13, góra 14. W przypadku dwóch grup Halla i Fischera doszło do zaniedbania i nikt klientom wyraźnie nie powiedział, że jeśli do 14 nie dojdą na szczyt to mają wracać. Zastanawiano się dlaczego Hall i Fischer tego nie uczynili, tym bardziej że zwyczajowo - jako kierownicy - szli ostatni i mieli zawracać ludzi. Wniosek był taki, że każdy chciał, by jak najwięcej jego klientów weszło na szczyt. Co więcej - Hall nawet zachęcał klienta Douga Hansena, by ten wszedł pomimo opóźnienia, bo rok wcześniej tegoż samego Douga Hansena zawrócił spod szczytu. Inny klient Halla, Beck Weathers, zaczął mieć kłopoty w trakcie, więc Hall jednak kazał mu zostać i poczekać na nich, gdy będą schodzić ze szczytu.

Ostatni na szczycie, o 16, byli właśnie Hall z Hansenem i Fischer. Już wtedy było wiadomo, że będą problemy z zejściem, nawet przy dobrych warunkach pogodowych. O godzinie 17 zaczęła się potężna burza śnieżna. Już w jej trakcie do obozu IV zdążył zejść Krakauer z grupy Halla oraz Bukriejew (przewodnik, jeden z najwybitniejszych alpinistów wszechczasów) i Adams (klient) z grupy Fischera. Grupa złożona z przewodnika Grooma, klientów: Japonki Numby i wspomnianego już Becka Weathersa (grupa Halla) oraz z przewodnika Beidlemana i 4 klientów Fischera (w tym Sandy Hill) utknęła 400 metrów od obozu IV. Japonka była już właściwie umierająca, Weathers podobnie. Zbili się w grupkę i czekali na ucichnięcie wichury. Beidleman i Groom doszli do wniosku, że sytuacja jest krytyczna. Jeśli nikt się nie ruszy, żeby znaleźć obóz i sprowadzić pomoc, to zamarzną wszyscy. Poszli więc go szukać, znaleźli, ledwo żywi powiedzieli Bukriejewowi w którym kierunku ma iść, żeby znaleźć resztę i padli ze zmęczenia.

Tu należy dodać, że generalnie wysiłek po zdobyciu Everestu i zejściu jest tak duży, że nie ma mowy, by w ciągu następnej doby człowiek był w stanie wejść jeszcze raz do góry, nawet o te 400 metrów. Bukriejew postanawia jednak iść do tych ludzi i to sam (nikt inny nie miał siły mu pomóc, nawet Szerpowie). Poszedł raz, nie znalazł nikogo, wrócił po dokładniejsze wskazówki, poszedł do góry drugi raz, sprowadził Hill na dół, poszedł do góry trzeci raz, sprowadził jeszcze tych, którzy mogli w jakiś sposób chodzić. Zostawili Japonkę Numbę, która nie dawała oznak życia i Weathersa, który był w agonii. Gdy wrócili Bukriejew opadł zupełnie z sił.

Tę akcję ratunkową określa się jako najbardziej niewiarygodną akcję ratunkową w historii himalaizmu.

Następnego dnia Bukriejew poszedł jeszcze raz do góry, znacznie wyżej, po konającego Fischera, ale było już za późno.

Rob Hall do końca próbuje pomagać Dougowi Hansenowi, a gdy Hansen w niewyjaśnionych okolicznościach znika niedaleko wierzchołka, nie mając siły Hall siada niedaleko Wierzchołka Południowego (100 metrów niżej Everestu) i tam umiera, do końca rozmawiając przez radio z żoną.

Zaginął też przewodnik Harris, który był blisko tej dwójki i cofnął się, by im jakoś pomóc.

Ostatecznie ginie też Japonka Numba, ale... - to jest ta słynna niewiarygodna historia - pozostawiony Weathers w pewnym momencie ocknął się i samodzielnie zszedł do obozu IV, mimo wielu odmrożeń. Żona była już powiadomiona o jego śmierci. Co więcej - gdy go opatrzono, uznano, że nie przeżyje nocy. Gdy rano wszyscy, którzy przeżyli, schodzili do obozu niżej, spostrzegli, że Weathers nie dość, że żyje, to jeszcze pół nocy krzyczał, bo wichura zwaliła mu połowę namiotu na głowę. Skubaniec jeden. Nikt nie słyszał, bo wichura była.

Sprowadzają go na wysokość 6000 m, gdzie przyleciał śmigłowiec (lot śmigłowca na taką wysokość to był wówczas ewenement) opłacony przez żonę, który zabiera go do szpitala. W wyniku odmrożeń stracił prawą rękę, części obu stóp, palce lewej ręki i nos, ale ten mu później zrekonstruowano. Żyje do dziś, pracuje nadal jako lekarz. Z żoną rozwiódł się rok po tych wydarzeniach.

Krakauer miał napisać tylko artykuł o tej wyprawie. Napisał i artykuł, i potem książkę. Oskarżył w niej głównie Bukriejewa o przyczynienie się do śmierci całej piątki, dlatego że Bukriejew schodził szybko i bez tlenu, a gdyby poczekał i schodził z tlenem miałby więcej sił i być może pomógłby Hallowi, Fischerowi czy Japonce. Były to zarzuty amatora, nierozumiejącego specyfikę podejścia Bukriejewa do gór, który zawsze, gdy mógł, wspinał się bez tlenu, a zejście jak najszybciej było częścią planu uzgodnionego wcześniej, na wypadek kłopotów. Planu, który okazał się jednak skuteczny - żaden z klientów Scotta Fischera (który zatrudnił Bukriejewa) nie zginął.

Sęk w tym, że Krakauer, jako dziennikarz, lepiej operujący słowem, zdołał przez pewien czas zawładnąć opinią publiczną i Bukriejew wyszedł na czarny charakter tej wyprawy, mimo że za akcję ratunkową został uhonorowany Nagrodą im. Davida A Sowlesa przyznawanej przez American Alpine Club. Komitet uzasadnił swą decyzję następująco:
…za wielokrotne, nadzwyczajne wysiłki podjęte w celu odnalezienia, a następnie uratowania życia trójki wyczerpanych współtowarzyszy uwięzionych przez nawałnicę na Przełęczy Południowej Mount Everestu, a ponadto za ryzykowny, bohaterski wyczyn, polegający na wyjściu w nawracającą burzę i podjęcie rozpaczliwej próby ratowania swego przyjaciela i kierownika wyprawy, Scotta Fischera.

Bukriejew, słabo znający angielski, nie mógł się skutecznie w USA bronić. Koledzy przekonali go do współpracy z pewnym dokumentalistą i tak powstała druga książka.

Krakauer żyje do dziś. Bukriejew zginął rok po wydarzeniach na Evereście, w 1997, przysypany lawiną na Annapurnie. Był wtedy z Simone Moro, który cudem przeżył.

Jeśli chodzi o sam opis literacki: pierwszą pozycję napisał dziennikarz, drugą amator. To widać. Krakauer skupia się na medialnej stronie, deWalt na opisie przeżyć Bukriejewa, co często jest może toporne. Jednak moim zdaniem rzetelniejsza jest pozycja deWalta.

Generalnie te dwie pozycje powinno się sprzedawać i czytać w pakiecie, tym bardziej że końcowe fragmenty obu książek to polemika pomiędzy nimi. Osobiście polecałbym przeczytać najpierw Krakauera, a potem DeWalta/Bukriejewa.

Te książki polecam tym, którzy nawet nie to, że chcą się dowiedzieć więcej o tej konkretnej tragedii, ale ogólnie o tym jak wygląda codzienność zdobywania szczytów. Takie krok po kroku.

2 komentarze:

Annette ;-) pisze...

Straszne to wszystko...

Lukasz Blazejak pisze...

Sprawdzanie jak człowiek reaguje i działa, gdy jest na granicy...