środa, 31 sierpnia 2016

Polityczny post o przyszłości polskiej młodzieży.

Jutro rozpoczęcie roku szkolnego, więc będzie coś o kondycji naszej młodzieży. W autobusie właśnie taką młodzież spotkałem. Rozmawiała sobie ta nasza przyszłość o tym i o owym. Nagle słyszę:

- Ty, a jak jest "Sieg Heil" po polsku?

Staruszek koło mnie miał tak przerażoną minę, że przez chwilę zastanawiałem się czy coś mu się nie stało.

Zobaczycie, że po pewnym czasie naród zobojętnieje na taką retorykę. To będzie tak jak ze słowem "kurwa". Ze 30 lat temu, gdy byłem w liceum, kurwowali tylko ci spod budki z piwem. Nieważne czy liceum czy zawodówka - słowa "kurwa" młodzież nie używała. A jeśli używała, to było to tak niecodzienne zjawisko, że wszyscy reagowali.

Pamiętam jednego nauczyciela, który gdy na ulicy usłyszał "kurwa" od jednego młodzieża, to podszedł do niego i rzucił: "Kogo reklamujesz? Matkę, siostrę?".

Dziś słowo "kurwa" już jest tak powszechne, że słychać i widać je wszędzie. Nawet w przedszkolu. Żeby nie było tak, iż za kilkanaście lat nie będzie nas dziwiło zamawianie pięciu piw, brązowa koszula, Sieg Heil i obowiązkowa delegacja ONru na państwowych uroczystościach...

wtorek, 9 sierpnia 2016

Losu kusić nie należy.

Wysiadłem wczoraj z autobusu kierując się w stronę schodów prowadzących do przejścia podziemnego. Schody w tym miejscu są dość strome, bo przejście podziemne jest jednocześnie wejściem do metra.

Przede mną szło dwóch chłopaków. Jeden trzymał w ręku telefon, bo przed chwilą zakończył z kimś rozmowę. Zaczął rozmawiać z drugim:

- Egzamin przełożyli mi na jedenastego!
- To świetnie!
- Spokojnie mogę się przygotować do wyjazdu, nie gonić.
- Nie będziesz musiał wracać stamtąd na egzamin. - Dodał drugi.
- O właśnie! Więcej zarobię. Świetnie się wszystko tak zazębia, naprawdę świetnie.
- No naprawdę udało ci się z tym egzaminem.
- Naprawdę świetnie się to wszystko mi układa. Lubię jak tak się wszystko układa. - Powtórzył.

Zaczęliśmy schodzić po schodach. Oni przede mną, ja za nimi. W pewnym momencie odwróciłem się w bok na chwilę. Na krótką, naprawdę krótką chwileczkę. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem tegoż rozmawiającego leżącego na dole, przy schodach. Trzymał się za rękę. Telefon leżał niedaleko, w częściach.

Gdy przechodziłem koło niego, klęczał już przy nim już jego kolega. Spytałem się czy coś pomóc. Odrzekł, że nie, bo on za chwilę zadzwoni po pogotowie. Poszedłem więc w swoją stronę.

Zdążyłem jeszcze usłyszeć jak mówi do kolegi poszkodowanego: "Taaa... Wszystko układa się znakomicie. Po chuj kusiłeś Los??".

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Piąty list do mieszkańców.

To, co we współżyciu blokowym najbardziej mnie śmieszy, to korespondencja naszego króla, czyli prezesa spółdzielni mieszkaniowej. Ile razy zastaję w skrzynce list od niego, tyle razy pękam ze śmiechu i długo nie mogę przyjść do siebie. Listy te są napisane językiem będącym skrzyżowaniem komunistycznej nadętej nowomowy z potocznym językiem wujka Józka. Daje to efekty przekomiczne. Pojawiają się najczęściej w wyniku jakichś wydarzeń, ale w miarę cyklicznie. W sobotę dostaliśmy kolejny. Jest jeszcze śmieszniejszy niż zwykle. Wyjaśnię dlaczego.

Od jakiegoś czasu blok nie był sprzątany. Dotychczasowy gospodarz najpierw udał się na ponadmiesięczny urlop, a potem, gdy wrócił, sprzątać przestał, bo - jak oświadczył - gospodarzem już nie jest. Od tego momentu co jakiś czas jakiś nieznany pan trochę ogarniał główną klatkę schodową, ale reszty już nie dotykał. Pokłady kurzu narastały, narastały, aż wreszcie ktoś się wkurzył i na tablicy ogłoszeń przyczepił kartkę, na której wielkimi literami był zamieszczony napis: "Niech ktoś w końcu posprząta korytarze, bo od dawna nie widziały miotły!". Napis był dodatkowo podkreślony pisakiem fluorescencyjnym w kolorze wściekły róż. Jeżeli ktoś używa koloru wściekły róż, to musi być na granicy wybuchu furii, nie ma to tamto.

Kartka zniknęła na drugi dzień rano. W ciągu następnym kilku dni blok został wymieciony do czysta. List prezesa do mieszkańców musiał pojawić się lada dzień. I pojawił się. Prezes spółdzielni na początku apeluje do osób rozwieszających anonimy, żeby podpisywały się, bo nie wie do kogo kierować wyjaśnienia. Aha. Potem przyznaje, że rzeczywiście - ostatnio było trochę brudno, więc przeprasza. Drugie zdziwienie pt: "Aha". A następnie wyjaśnia, że poprzedni gospodarz się zwolnił, a następnego nie dają rady zatrudnić. Dlaczego? I tu następuje zdanie, które mnie rozbroiło kompletnie. Przytoczę je w całości:

Osoby, z którymi Zarząd prowadził rozmowy w sprawie zatrudnienia na ww. stanowisku jako główną przeszkodę podawały relatywnie niskie wynagrodzenie za pracę, stawiając żądania płacowe (uczciwie mówiąc niewygórowane) na które nie byłoby pokrycia w tegorocznym planie gospodarczym Wspólnoty.

Czy ta uczciwość nie jest urocza?