czwartek, 24 marca 2016

Bardzo grzeczny pijak.

Wyszedłem przed furtkę, by dojść do przystanku. Zobaczyłem, że w oddali zataczał się jakiś pijany facet. Od jednego krańca chodnika do drugiego. Regularna alkoholowa sinusoida. I to rzeczywiście dość regularna, bo ani nie wchodził na trawnik, ani na ulicę. Musiał instynktownie odbierać informacje zwrotne o krańcach, które dostarczały mu krawężniki i samochody stojące z boku chodnika.

W pewnym momencie stanął. Samochód go zatrzymał. Stojący na chodniku. A dokładniej zataczającego się zatrzymała maska tegoż samochodu.

Stał tam cały czas, gdy go mijałem. Stał i coś mówił. Co?

Jeszcze raz bardzo pana przepraszam, ale naprawdę się spieszę. Przepuści mnie pan?

On nie do mnie mówił. Do maski mówił.

Jak to miło spotkać tak kulturalnego człowieka. W dzisiejszych czasach są wyjątkiem.

piątek, 11 marca 2016

Całodniowe rżnięcie.

Od grudnia w naszym pionie przeprowadza się zadziwiająco wiele remontów. Jeden bezpośrednio nad nami. Jeden piętro wyżej, ale obok nas. Kilka z nich ileś pięter wyżej. A ogłoszenie z przeprosinami za hałas na tablicy ogłoszeń wisiało tylko jedno...

W pewnym momencie doszło nawet do tego, że jednocześnie słyszeliśmy odgłosy kilku remontów naraz. Głos płynący z telewizora był niesłyszalny. Pracowali nawet w Wigilię i do wieczora w Sylwestra. Po dwóch miesiącach remonty te były tak uciążliwe, że gdy pewnej niedzieli jeden z remontujących znów zaczął swoje pukanie i stukanie, to z mieszkania wyskoczyłem nie tylko ja, ale jeszcze kilku ludzi, i ganialiśmy po całym pionie w poszukiwaniu tego remontującego idioty. Dopadliśmy do jednego z mieszkań, gdzie dochodziły odgłosy, ale dwóch przestraszonych robotników zapewniało, że to nie oni, bo pracę wiertłem zakończyli przed tygodniem i teraz czyszczą ściany. Na dowód wpuścili nas do środka, żebyśmy sami to stwierdzili. Po lustracji ujawnili nam, że ich już wcześniej mylono z tym, co tak głośno wierci, a wierci tak głośno, bo ma wiertarkę popsutą. Mieli już kilka wizyt strażników miejskich. Odsyłali ich piętro wyżej. Gdy tam poszliśmy i znów usłyszeliśmy wiercenie, to krew w nas zawrzała tak mocno, iż robotnik, który wyszedł, zaczął się ze zdenerwowania jąkać i obiecał, że już nigdy więcej. Słowa dotrzymał.

Na szczęście obecnie, w marcu, wszystkie remonty już się skończyły, oprócz jednego. Nie zgadniecie jakiego - tak! Oczywiście tego tuż nad nami. Jaki zbieg okoliczności!

Od jakiegoś tygodnia remont polega na rżnięciu drewna. Zaczynam dochodzić do wniosku, że remontujący sam, na miejscu, wytwarza sobie boazerię i to do wszystkich pomieszczeń. Tnie drewno w różnoraki sposób. Szybkimi ruchami z pełną mocą w krótkich interwałach. I wolno, ruchami ledwo słyszalnymi. Dostojnie wręcz. Jedno pozostaje niezmienne - rżnie cały dzień. Rżnie, i rżnie, i rżnie. Rano, nawet o 7. W południe i wieczór. Kończy krótko przed 22.

To musi być jakiś robot. Tak długo i intensywnie rżnąć człowiek nie potrafi, nawet za młodu, przy chuci uderzającej z każdej komórki testosteronu.