piątek, 30 grudnia 2016

Detektyw.

Wczoraj poczułem się jak detektyw Krótkowski na trupie, znaczy na tropie.

Jak wiemy od lat problemem polskich chodników i trawników jest to, co pies wydala, a co jego właściciel nie sprząta. Problem ten problemem jest większym w czasie roztopów. Śnieg resetuje wszystko. Na śniegu pies się załatwia znacznie łatwiej, bo ładunek znika. A pod śniegiem znikają granice świata poznanego. Środek chodnika nieośnieżonego nie dla wszystkich właścicieli psów jest dobrym miejscem na zostawienie ładunku, ale środek chodnika ośnieżonego już tak. Bo pod śniegiem nie widać. A jak nie widać, to problem znika. To nic, że wielokrotnie sprawdzone empirycznie doświadczenie mówi, że śnieg tylko konserwuje psie ładunki i ich nie rozkłada. Człowiek jest zbyt mądry, by o takich sprawach pamiętać.

Wczoraj właśnie nastąpił jeden z tych momentów. Roztopy. Gówien potopy.

Niestety musiałem tymże zasranym chodnikiem dostać się do przystanku. Szedłem więc ze wzrokiem wbitym w podłoże, żeby uniknąć niespodzianek.

W pewnym momencie zauważyłem ślady butów zaczynające się od jednego, wyjątkowo pokaźnego ładunku. Ślady buta lewego i prawego. Podkreślam to, bowiem po kilkunastu metrach stanąłem jak wryty. Otóż w tym miejscu urywał się zasrany ślad buta prawego. Pozostawał równie zasrany ślad, ale tylko buta lewego.

Można zaryzykować tezę, że w tym miejscu doszło do jakiegoś ważnego wydarzenia, by nie powiedzieć: przełomu.

Zaintrygowany poszedłem dalej tropem zasranego śladu buta lewego. Zauważyłem, że ślady lewe były zaznaczone mocniej, ale jednocześnie położone rzadziej. Zaczęły też kierować się w stronę trawnika. Aż pojawiły się na tymże trawniku. I były posuwiste. I obunożne. Tak jakby ktoś zauważył, że wdepnął w ładunek i skakał na jednej nodze w stronę trawnika, żeby wytrzeć podeszwę buta.

Sęk w tym, że chyba nie zauważył, iż w ładunek wszedł obydwoma butami. Z tego miejsca na trawniku znów bowiem prowadziły ślady lewej ufajdanej podeszwy. Prawego śladu nie zauważyłem. Do czasu. Po kilkunastu metrach na chodniku można było dostrzec kolejny ładunek. Rozciapciany. Od tego ładunku znów odchodziły ślady. Podeszwy lewej i ponownie podeszwy prawej.

No tak, miałem do czynienia z tak zwanym roztopowych cyklem miejskim...

Z okazji Nowego Roku życzę wszystkim jak najmniejszych wpadek... ;-)

wtorek, 13 grudnia 2016

Jestem za demokracją!

 Ten post specjalnie zamieszczam w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego...

Nie ukrywam i nie będę ukrywał, że patrzę ze strachem na to, co się dzieje obecnie w kraju.

Znalazłem pewne słowa i przytoczę je, bo mocno do mnie trafiły:

Grzegorz Turnau opublikował na swoim Facebooku przejmujący komentarz o sytuacji politycznej w kraju.

Szanowni, Drodzy,
jakiś czas temu przypiąłem magnesami do mojej ulubionej lodówki ten cytat.
Moje płyty i koncerty nigdy nie miały i nie będą miały politycznego podtekstu. Nie mam temperamentu politycznego i nie mam właściwie żadnych poglądów poza - jak powiedział Pan Słonimski - "Gdy nie wiesz, jak się zachować, na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie".
Czuję jednak potrzebę powiedzenia wprost: jestem przeciw temu, co dzieje się w polskim państwie. Dzięki ojcu poznałem książki Orwella, Koestlera, Weissberga-Cybulskiego już jako dziecko i potrafię sobie wyobrazić, czym był stalinizm. Żyjemy tylko w takich czasach, jakie sami sobie urządzamy. Ale urządzamy je też naszym dzieciom. Wnukom. Kotom i psom.
Nie udawajmy, że pada deszcz. Jesteśmy pokoleniem, dla którego świat jest kolorowy, nie czarno-biały. Mówię "my" - ale świadomie.
Nie bądźmy obojętni.


Faktem jest, że to, co nam teraz funduje Kaczyński, w dużej mierze zawdzięczamy ludziom, którym los Polski jest obojętny. Jest takie powiedzenie - jeśli nie interesujesz się polityką, to prędzej czy później polityka zainteresuje się tobą.

Dziś jest ten czas, gdy trzeba się zadeklarować i powiedzieć to głośno: jestem za demokracją lub nie.

czwartek, 24 listopada 2016

Ufać, ale sprawdzać.

Od jakiegoś czasu zaczęły do nas dobiegać ciągłe dźwięki domofonu. Chodzi o to, że jeśli ktoś do kogoś przy drzwiach głównych dzwoni via domofon, to my to słyszymy u siebie w mieszkaniu. Ten dźwięk dzwonka zanim się ktoś nie odezwie. Dźwięk jest cichy, na szczęście, ale słyszalny. Na granicy słyszalności, ale jednak. Nie jest to denerwujące. Słyszy się ten sygnał tylko wtedy, gdy jest w mieszkaniu bardzo cicho. A dodatkowo to ten dźwięk rozlega się może ze dwa-trzy razy w ciągu godziny.

Jednak w ostatnich dniach ten dźwięk w pewnych godzinach rozlegał się stale. Tak jakby ktoś próbował się skontaktować z każdym z mieszkańców. I tak właśnie pomyślalem: że to albo jakiś akwizytor, albo świadkowie Jehowy. Po kilku dniach jednak zwątpiłem, bo żaden akwizytor tak długo (przez kilka godzin) nie stałby przed blokiem, a Świadkowie już dawno weszliby do bloku z kimś, kto tu mieszka i właśnie otworzył drzwi kluczem.

Zagadka rozwiązała się wczoraj. Właśnie wychodziłem z bloku i wyrzucałem śmieci. Przed klatką stał pewien mieszkaniec, o którym kilka razy pisałem już: z manią natręctw. Trzepie dywany co kilka dni, mierzy linijką kąty na klatce, segreguje śmieci już wrzucone do śmietnika.

Tym razem stał, palił papierosa i... naciskał bez przerwy domofon. Jakiś znajomy mu sąsiad wchodził właśnie do bloku i zauważył to.

- To ty ostatnio stale naciskasz ten domofon? Denerwuje mnie to strasznie.
- Tak, to ja, panie sąsiad. - Palący przyznał się.
- No to po co naciskasz?
- Sprawdzam domofonem czy ktoś nie jest u mnie w domu.

Sąsiad zrobił wielkie oczy, ja też.

Takiej zapobiegliwości w kwestii bezpieczeństwa miru domowego jeszcze nie spotkałem.

czwartek, 10 listopada 2016

Co z tym światem?

Trump wygrał. Niezbyt to pozytywna wieść dla świata.

Najpierw PiS się dorwał do władzy, potem Brexit, a teraz to. Co się z ludźmi dzieje?

Wydaje mi się, że świat zachodni nie rozumie, że po krótkim okresie w miarę dobrych stosunków z Rosją, Rosja wróciła do stanu wojny. Tzw. przeciętnym ludziom wydaje się, że wojna to tylko czołgi, samoloty, rakiety, bomby. Nie nadążają za rozwojem technologicznym i nie zdają sobie sprawy, że Internet to również broń.

Jesteśmy w fazie wojny hybrydowej. Rosja Putina chce znów wrócić do gry. Nie może wrócić jako mocarstwo, bo ich na to nie stać. Wyjście? Obniżyć poziom pozostałych. Sprawić, że to Zachód będzie równał w dół i Rosja nie będzie musiała równać w górę.

Po latach na pewno dowiemy się ile z tych spraw zaczęło się dziać z inspiracji Kremla i/lub maczali w tym wszystkim putiniści. To właśnie nie jest kwestia czy maczali, tylko w ilu sprawach i w jaki sposób...

poniedziałek, 31 października 2016

Analogowy, czyli z dupy taki.

Ciągnę dalej temat nowomowy młodzieżowej, bowiem byłem dziś świadkiem rozmowy, która rozbawiła mnie do łez.

W metrze naprzeciwko mnie siedziało trzech chłopaków. Z wyglądu gimnazjum. Raczej nie liceum. O czymś rozmawiali. W którymś momencie jeden z nich odezwał się:

- Ten pomysł to raczej analogowy taki jest.
- Jaki? - Zdziwił się drugi.
- No... Analogowy.
- Ty chyba nie wiesz co znaczy analogowy! - Zaśmiał się drugi
- Wiem! - Zaperzył się pierwszy.
- No to wyjaśnij.
- Analogowy, czyli analny, czyli z dupy taki.
- Aha. No chyba że tak.

Nikt się nie roześmiał. Wzięli więc chyba to wyjaśnienie na poważnie. Nie wiem więc czy miałem do czynienia ze świadomą nowomową pomieszaną z humorem absurdalnym czy jednak z niewiedzą.

Nic to. Najważniejsze, że poznali nowe słowo.

środa, 12 października 2016

Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe.

W spokojny weekend to było. Można by nawet rzec: w weekend senny.

Na korytarzu rozlegają się szybkie kroki. Walenie do drzwi sąsiadów naprzeciwko. Młode małżeństwo tam mieszka. W sumie nie możemy się skarżyć na ich zachowanie. Może poza tym, że ich pies lubi się czochrać o naszą wycieraczkę, bez reakcji z ich strony.

Usłyszałem awanturę za drzwiami, więc wyjrzałem przez Judasa, by stwierdzić co się stało. Usłyszałem mniej więcej taki dialog:

- Państwo zalewacie mi mieszkanie już drugi raz w tym tygodniu! Łazienka cała w zaciekach!
- Nie zauważyliśmy, przepraszamy.
- Ale jak to nie zauważyliście??
- Pewnie pękła gdzieś rura przy wannie albo pralce. Tam gdzieś w środku...
- A co to mnie obchodzi? Zaraz do prezesa spółdzielni napiszę, żeby was, jasna cholera, wyeksmitował!
- Po co te nerwy? Wyliczy pani wartość szkody, a my pokryjemy koszta remontu. Trzeba tak od razu krzyczeć, nie można się dogadać?
- Zapłacicie mi tak, że się w życiu nie wypłacicie!

Machnęła ręką i poszła do siebie piętro niżej. Po drodze jeszcze krzyczała, że na policję zadzwoni.

Za jakiś kwadrans przyszli z wyższego piętra fachowcy, popukali, pooglądali. Poszli niżej. Wrócili. I znów poszli.

Po kolejnym kwadransie wyszedłem wyrzucić śmieci. Natknąłem się na owych sąsiadów wracających z dołu. Pytanie mi zadali.

- Dzień dobry. Czy państwa nikt nie zalał?
- Nie, na szczęście nie. - Odpowiedziałem.
- Bo my zalaliśmy sąsiadkę z dołu, ale okazało się, że ta sąsiadka z dołu też zalała mieszkanie pod nią, a i u nas na suficie są zacieki. Ekipa remontowa sprawdziła, że pękła rura w całym pionie i lało się przez cztery piętra.
- Chwileczkę, zaraz sprawdzę czy u nas się nic nie dzieje. - Szybko zajrzałem do łazienki i wróciłem. - Nie, nie ma żadnych problemów. Ale... - urwałem nagle słysząc jakieś krzyki piętro niżej. - co się tam dzieje?
- To sąsiadka z dołu. - Roześmiała się dziewczyna. - Od nas za zalanie żądała nie wiadomo jakich pieniędzy, a sama zrobiła awanturę jej sąsiadce z dołu, gdy ta słówkiem wspomniała o odszkodowaniu.
- Cóż, niektórzy ludzie tacy są. - Dodałem i pożegnałem się.

Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe. Albo - jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Przysłowia to jednak mądre są. Tylko szkoda, że ludzie do nich często nie dorośli.

poniedziałek, 26 września 2016

Zaspojlerować.

Szybko to lato się skończyło. Może tak wzorem topienia Marzanny wprowadzić podobny zwyczaj na pożegnanie lata? Topienie Janusza w klapkach, z parawanem czy coś podobnego? Taka nowa świecka tradycja...

To tak na marginesie, bo głównie chciałem stwierdzić, że coraz częściej jestem zadziwiony tym, co Inia przynosi ze szkoły czy wynosi z Internetu. Owszem, sam przecież pamiętam jak moi rodzice byli zdziwieni tym, że ja jako dziecko miałem inne zwyczaje niż oni i że generalnie rodzice są tym zdziwieni, ale co innego pamiętać, a co innego samemu tego doświadczać.

Kilka dni temu Inia mi mówi:
- A dziś w szkole Kuba zaspojlerował.
- Za... co? - Nie wiedziałem o co chodzi.
- Zaspojlerował... To znaczy powiedział jakie jest zakończenie książki, którą czytam razem z koleżanką.

No tak, wiem co to dziś znaczy "spoiler". Gdy czytam sobie o różnych filmach na np. filmwebie, to spojlerów unikam. Jednak nie myślałem, że tak można nazwać jakąkolwiek sytuację, w której ktoś wyjawia dalszą, nieznaną, treść.

Wiem, że Inia jeszcze nie raz będzie mnie zadziwiać uczniowską i młodzieżową nowomową, ale podejrzewam, że niezmiennie będzie mnie to bawiło. ;-)

środa, 14 września 2016

Kolejny.

Zrobiłem sobie kolejny tatuaż. Jestem z niego bardzo zadowolony.

Uściślając: mam już cztery tatuaże, połączone ze sobą. Tak się złożyło, że te cztery tatuaże robiłem w sumie w ośmiu sesjach. Ten tatuaż pozwolił mi pospinać poprzednie i sprawić, że na ręce mają one wszystkie jakiś sens kompozycyjny. Jeszcze dwa tatuaże i będę miał skończoną całą rękę.

Zauważyłem, że moja - już dwudziestoletnia - przygoda z tatuażami przebiega pod hasłem: "Symbol - Styl - Kształt". To się zmieniało w czasie, ewoluowało, ale zawsze niezmienne pozostawało jedno: bardzo je lubię. ;-)

środa, 31 sierpnia 2016

Polityczny post o przyszłości polskiej młodzieży.

Jutro rozpoczęcie roku szkolnego, więc będzie coś o kondycji naszej młodzieży. W autobusie właśnie taką młodzież spotkałem. Rozmawiała sobie ta nasza przyszłość o tym i o owym. Nagle słyszę:

- Ty, a jak jest "Sieg Heil" po polsku?

Staruszek koło mnie miał tak przerażoną minę, że przez chwilę zastanawiałem się czy coś mu się nie stało.

Zobaczycie, że po pewnym czasie naród zobojętnieje na taką retorykę. To będzie tak jak ze słowem "kurwa". Ze 30 lat temu, gdy byłem w liceum, kurwowali tylko ci spod budki z piwem. Nieważne czy liceum czy zawodówka - słowa "kurwa" młodzież nie używała. A jeśli używała, to było to tak niecodzienne zjawisko, że wszyscy reagowali.

Pamiętam jednego nauczyciela, który gdy na ulicy usłyszał "kurwa" od jednego młodzieża, to podszedł do niego i rzucił: "Kogo reklamujesz? Matkę, siostrę?".

Dziś słowo "kurwa" już jest tak powszechne, że słychać i widać je wszędzie. Nawet w przedszkolu. Żeby nie było tak, iż za kilkanaście lat nie będzie nas dziwiło zamawianie pięciu piw, brązowa koszula, Sieg Heil i obowiązkowa delegacja ONru na państwowych uroczystościach...

wtorek, 9 sierpnia 2016

Losu kusić nie należy.

Wysiadłem wczoraj z autobusu kierując się w stronę schodów prowadzących do przejścia podziemnego. Schody w tym miejscu są dość strome, bo przejście podziemne jest jednocześnie wejściem do metra.

Przede mną szło dwóch chłopaków. Jeden trzymał w ręku telefon, bo przed chwilą zakończył z kimś rozmowę. Zaczął rozmawiać z drugim:

- Egzamin przełożyli mi na jedenastego!
- To świetnie!
- Spokojnie mogę się przygotować do wyjazdu, nie gonić.
- Nie będziesz musiał wracać stamtąd na egzamin. - Dodał drugi.
- O właśnie! Więcej zarobię. Świetnie się wszystko tak zazębia, naprawdę świetnie.
- No naprawdę udało ci się z tym egzaminem.
- Naprawdę świetnie się to wszystko mi układa. Lubię jak tak się wszystko układa. - Powtórzył.

Zaczęliśmy schodzić po schodach. Oni przede mną, ja za nimi. W pewnym momencie odwróciłem się w bok na chwilę. Na krótką, naprawdę krótką chwileczkę. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem tegoż rozmawiającego leżącego na dole, przy schodach. Trzymał się za rękę. Telefon leżał niedaleko, w częściach.

Gdy przechodziłem koło niego, klęczał już przy nim już jego kolega. Spytałem się czy coś pomóc. Odrzekł, że nie, bo on za chwilę zadzwoni po pogotowie. Poszedłem więc w swoją stronę.

Zdążyłem jeszcze usłyszeć jak mówi do kolegi poszkodowanego: "Taaa... Wszystko układa się znakomicie. Po chuj kusiłeś Los??".

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Piąty list do mieszkańców.

To, co we współżyciu blokowym najbardziej mnie śmieszy, to korespondencja naszego króla, czyli prezesa spółdzielni mieszkaniowej. Ile razy zastaję w skrzynce list od niego, tyle razy pękam ze śmiechu i długo nie mogę przyjść do siebie. Listy te są napisane językiem będącym skrzyżowaniem komunistycznej nadętej nowomowy z potocznym językiem wujka Józka. Daje to efekty przekomiczne. Pojawiają się najczęściej w wyniku jakichś wydarzeń, ale w miarę cyklicznie. W sobotę dostaliśmy kolejny. Jest jeszcze śmieszniejszy niż zwykle. Wyjaśnię dlaczego.

Od jakiegoś czasu blok nie był sprzątany. Dotychczasowy gospodarz najpierw udał się na ponadmiesięczny urlop, a potem, gdy wrócił, sprzątać przestał, bo - jak oświadczył - gospodarzem już nie jest. Od tego momentu co jakiś czas jakiś nieznany pan trochę ogarniał główną klatkę schodową, ale reszty już nie dotykał. Pokłady kurzu narastały, narastały, aż wreszcie ktoś się wkurzył i na tablicy ogłoszeń przyczepił kartkę, na której wielkimi literami był zamieszczony napis: "Niech ktoś w końcu posprząta korytarze, bo od dawna nie widziały miotły!". Napis był dodatkowo podkreślony pisakiem fluorescencyjnym w kolorze wściekły róż. Jeżeli ktoś używa koloru wściekły róż, to musi być na granicy wybuchu furii, nie ma to tamto.

Kartka zniknęła na drugi dzień rano. W ciągu następnym kilku dni blok został wymieciony do czysta. List prezesa do mieszkańców musiał pojawić się lada dzień. I pojawił się. Prezes spółdzielni na początku apeluje do osób rozwieszających anonimy, żeby podpisywały się, bo nie wie do kogo kierować wyjaśnienia. Aha. Potem przyznaje, że rzeczywiście - ostatnio było trochę brudno, więc przeprasza. Drugie zdziwienie pt: "Aha". A następnie wyjaśnia, że poprzedni gospodarz się zwolnił, a następnego nie dają rady zatrudnić. Dlaczego? I tu następuje zdanie, które mnie rozbroiło kompletnie. Przytoczę je w całości:

Osoby, z którymi Zarząd prowadził rozmowy w sprawie zatrudnienia na ww. stanowisku jako główną przeszkodę podawały relatywnie niskie wynagrodzenie za pracę, stawiając żądania płacowe (uczciwie mówiąc niewygórowane) na które nie byłoby pokrycia w tegorocznym planie gospodarczym Wspólnoty.

Czy ta uczciwość nie jest urocza?

środa, 13 lipca 2016

Ich czworo.

5 lipca minęła trzynasta rocznica naszego ślubu. To smutne wydarzenie postanowiliśmy uczcić udając się na jakieś przedstawienie. Jak się katować to do skutku.

Wybieraliśmy między kilkoma teatrami i kilkoma przedstawieniami. W końcu wybraliśmy Teatr Polonia i sztukę "Ich czworo".

Fundacja Jandy jest właścicielem dwóch teatrów: Och-teatru i Teatru Polonia. Oba stworzone w byłych kinach. Och-teatr (od kina "Ochota") ma lżejszy repertuar. Byliśmy tam na "Trzeba zabić starszą panią". Teatr Polonia to poważniejszy repertuar i to widać, także po siedzibie teatru.

Obsada wyśmienita. Jerzy Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Iza Kuna, Renata Dancewicz. Amanta grają na przemian Tomasz Kot albo Antoni Pawlicki. My trafiliśmy na tego drugiego aktora, ale moim zdaniem poradził sobie z rolą wyśmienicie.

Akcja tragifarsy rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia, kończy zaś pierwszego dnia kolejnego roku. Mąż i żona, żyjący wprawdzie w jednym domu, ale zupełnie osobno, próbują każde na swój sposób i zgodnie ze swoimi przekonaniami ułożyć swoje życie. On wycofuje się ze świata i żyje pracą, ona szuka pocieszenia w relacji z innym mężczyzną. Ich codzienność ukazana jest ze swoistym, ironicznym humorem, skrytym głownie w rozmowach, jakie ze sobą prowadzą.

Niemym świadkiem kryzysu tej rodziny jest także Lila, dziecko, które nie mając na nic wpływu, musi odnaleźć się w sporze rodziców. Uwikłani w siatkę wzajemnych pretensji, wyrzutów, nieszczerości i obaw bohaterowie wzbudzają więc z jednej strony śmiech, ale też prowokują do zastanowienia nad kosztem, jaki ponosi w tej historii dziecko.

Opowieść o typowym trójkącie małżeńskim należy do jednego z najbardziej znanych utworów Zapolskiej. Została wystawiona po raz pierwszy we Lwowie w 1907 roku i do tej pory doczekała się blisko 100 inscenizacji. Reżyserujący sztukę Jerzy Stuhr mówi o niej: To bardzo aktualny tekst, bo mówiący o rozpadzie rodziny widzianym oczami dziecka, dziecka świadomie przeżywającego ten dramat. A z drugiej strony ‘Ich czworo’ to tragifarsa śmieszna i drapieżna. Takie połączenia kocham najbardziej.

Sztuka Zapolskiej to tragikomedia. W sumie bardziej tragedia niż komedia, bo losy dziecka są mało optymistyczne do końca. Jednak były tak mocne momenty komediowe, że doszło nawet do tego, że po jednym dialogu Bohosiewicz z Pawlickim nie wytrzymali i zaczęli się śmiać razem z żywiołowo reagująca publicznością. Pierwszy raz widziałem w teatrze taką scenę, ale trzeba przyznać, że była wyjątkowo komiczna, a reakcja publiczności była tak mocna, że mało który aktor by to wytrzymał i się atmosferze nie poddał.

Szczerze polecam. I teatr, i sztukę. Nawet jeśli ktoś akurat nie obchodzi rocznicy ślubu.

czwartek, 16 czerwca 2016

Co może pójśc nie tak?

Co może pójść nie tak podczas spokojnego niedzielnego spaceru? No co?

Umówiliśmy się z Gaiią i Inią w niedzielę na spacer po Starówce. One poszły do kościoła, a ja miałem do nich dołączyć za godzinę. Dołączyłem punktualnie. I czekałem jeszcze pół godziny, bo to była msza prymicyjna, czyli dłuższa.

Czekając usiadłem w parku na ławce i zacząłem czytać. Po jakimś czasie obok usiadł jakiś facet w nieładzie i z błędnym wzrokiem. Coś tam przez jakiś czas mamrotał i nagle wyrzucił przed siebie treść swojego żołądka. Był częściowo odwrócony w moją stronę, więc parabola lotu sugerowała, że niestrawiona substancja żołądkowa może zawadzić o mnie. Uświadomiłem sobie to na tyle błyskawicznie, że zdążyłem odsunąć nogi.

Facet z pustym wnętrzem wyglądał nadal nieszczególnie, więc czym prędzej przesiadłem się na drugą ławkę. Gdy już tam usiadłem, pomyślałem sobie: "Ufff, tak mało brakowało, by doszło do katastrofy."

W końcu pojawiły się moje Kobitki. Pojechaliśmy na Starówkę. Przechadzamy się nieśpiesznie, jak to na spacerze. W końcu postanowiliśmy zjeść jakiegoś loda czy gofra. Po dość długim poszukiwaniu lokalu, który przypadłby nam do gustu, znaleźliśmy takowy za Barbakanem. Inia zamówiła loda, my po gofrze. Zabrałem się właśnie do zjadania tegoż. Przechyliłem gofra i... cała śmietana z czekoladową polewą wylądowała na: stole, mojej dłoni i... moim kroczu.

W łazience dokonywałem cudów, by zmyć ten cały ładunek z siebie, co było dość trudne zważywszy na brak ciepłej wody, cieniutki papier i wyjątkowo wysoką zawartość tłuszczu w polewie. W końcu doprowadziłem do tego, że dałem radę wyjść z łazienki. Tylko że jeszcze trzeba do domu dojechać...

Schodzimy ze Starówki na bulwary wiślane. W naszą stronę zaczął jechać samochód Straży Miejskiej. Panika. Zatrzymają mnie za sianie zgorszenia w miejscu publicznym! Jak ja im się wytłumaczę? Co powiem? Że dużo bitej śmietany mi spadło na krocze i do tego czekolada...? To nie dość, że zatrzymają mnie za sianie zgorszenia, to jeszcze spałują za obrazę moralności!

Zatrzymali się i wysiadają. Zamykam oczy i już, już czuję na sobie uderzenia pałek. Po chwili otwieram oczy i widzę, że skręcili w stronę źle zaparkowanego samochodu. Uff...

Żeby wam unaocznić jak to wyglądało, zrobione zostało mi zdjęcie. Zastanawiałem się czy pokazać je, bo pornoli na moim blogu jeszcze nie było, ale jednak je wkleję. Proszę państwa, oto zdjęcie mojego... hmm... krocza. Spodnie zdążyły wyschnąć, warstwa bitej śmietany z polewą czekoladową powierzchni spodni trzyma się twardo.




Myślicie, że to już koniec? O nie! Po jakimś czasie zacząłem odczuwać problemy gastryczne. Najwyraźniej się tym gofrem (albo dodatkami) strułem. Drogę do domu pokonałem blady i w stresie czy na pewno zdążę.

To nadal nie jest koniec. Po praniu okazało się, że plamy na spodniach nadal są...

czwartek, 2 czerwca 2016

Szynka wegetariańska.

Kiełbasy w sklepach mają coraz bardziej wymyślne nazwy. Opisywałem kiedyś sytuację, gdy jeden staruszek myślał, że "szynka wędzarza" to "szynka z nędzarza" i nie zdecydował się jednak na jej zakup, bo z "nędzarza to pewnie sama skóra i kości". Dochodzi nawet do tego, że same sprzedawczynie popełniają błędy...

Kilka dni temu dokonywałem zakupów w sklepie niedaleko nas.

- Poproszę tę szynkę z liściem. - Poprosiłem ekspedientkę przy stoisku mięsnym.
- Tę? - Pokazała na inną obok.
- Nie, tę po prawej. - Doprecyzowałem.
- Aaaa! Z liścia znaczy?
- To ona z liścia jest? - Zdziwiłem się. - To może inną, bo nie jestem wegetarianinem.
- Ale ona bardzo dobra jest.

Sprzedawczyni raczej nie zorientowała się o co mi chodziło...

BTW: A co wasze dzieci dostały na Dzień Dziecka? Inia miała do wyboru porządną hulajnogę albo Minecrafta. Wybrała hulajnogę i od poniedziałku codziennie wieczorem na niej śmiga. Minecrafta kupiła jej za to babcia. ;-)

poniedziałek, 23 maja 2016

To-nie-my, czyli jak ważny jest akcent.

Niestety znów będzie o remoncie.

Zaczął się niedawno remont na naszym piętrze, ale w dalszej części bloku. Dlatego też remont jest dla nas nieuciążliwy, nieinwazyjny, cichy.

Zauważamy go najwyżej wtedy, gdy co kilka dni robotnicy korzystają z windy obok nas. Pewnie dlatego, że korzystają jednocześnie z dwóch ciągów naraz. A tak poza tym cisza, nic się nie dzieje.

Dziś, w ten pochmurny i deszczowy dzień, coś się jednak zaczęło dziać. Wiele krzyków i hałasu na klatce schodowej. Tak wiele, że aż zaintrygowany wyszedłem zobaczyć co się dzieje. Nic nadzwyczajnego. Kilku robotników taszczy wiele różnych sprzętów. Najwyraźniej nie są to jednak ci od mieszkania na naszym piętrze, bo szli na piętra wyższe.

Poszedłem do siebie i zagłębiłem się w pracach domowych. Nagle słyszę potężny huk. Za chwilę rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Jak oparzony skoczyłem do drzwi. W progu stał jakiś facet, w ubraniu roboczym.

- Przepraszam pana, ale toniemy!  - Krzyknął.
- Cholera, gdzie? Górę zalało? Padać to chyba nie tak mocno pada? - Odkrzyknąłem bezwiednie.

Facet na mnie popatrzył jak na wariata. Dopiero po chwili wybuchnął śmiechem.

- Ja tylko chciałem powiedzieć, że ten wielki huk, to nie my. To nie nasza wina. To ktoś u góry. To-nie-my! - Zaakcentował każdą sylabę. - A nie to-nie-my. - Stwierdził, teraz dla odmiany akcentując drugą sylabę od końca. - My te mieszkanie na tym piętrze remontujemy. Akurat przewoziliśmy cement windą, ale to-nie-my. - Powtórzył, akcentując prawidłowo.
- Aha! - Zrozumiałem o co chodzi. - To dziękuję za informację. Zwłaszcza że zaczęło jednak padać. - Zacząłem się śmiać.

Facet znów popatrzył na mnie dziwnie i poszedł w swoją stronę.

Następnym razem chyba jednak zastanowi się nad sensem powiadamiania mnie. Zwłaszcza w deszczowy dzień.

piątek, 29 kwietnia 2016

Swawolna babcia.

Od roku najczęściej jeżdżę metrem. I przyznaję, że w metrze znacznie łatwiej, niż w autobusie czy w tramwaju, posłuchać Polaków rozmowy, bo w metrze pasażerowie siedzą naprzeciwko siebie.

Tak jak wczoraj. Naprzeciwko mnie siedział młody chłopak, a obok niego staruszka. Z rozmowy wynikało, że to jego babcia. Rozmawiali o jakichś problemach sercowych tegoż chłopaka. Przyznam, że dziwne miejsce na tego typu rozmowę, ale takie czasy, gdzie najbardziej intymne wiadomości przekazuje się w tłumie.

Z rozmowy wynikało, że chłopak nie miał śmiałości do dziewczyn i się zastanawiał czy jakaś Ola, która mu się podobała, nie da mu w pysk, gdy ją zaprosi do kina czy do podobnego zakątka rozkoszy. Babcia z kolei sprawiała wrażenie wręcz rozdrażnionej nieporadnością wnuczka.

Wreszcie w którymś momencie wypaliła: "Kacper, ale weź się w garść! Ja w twoim wieku byłam już po dwóch związkach z kobietami!".

Sam nie wiem kto w tym momencie był bardziej zaskoczony: ja czy tenże wnuczek.

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozmowy przy noszeniu szafy.

Pamiętacie jeden ze skeczy Jasia Fasoli, w którym chce szybko zejść na dół po schodach, ale drogę tarasuje mu najpierw staruszka, a potem - gdy na piętrze Jaś Fasola szybko chciał przebiec drugim pionem schodów - i staruszka, i drugi staruszek? Miałem podobne zdarzenie, tylko że w odwrotną stronę: przy wchodzeniu.

Pisałem o remontach, więc siłą rzeczy napiszę o przeprowadzce, która się po tym remoncie zdarzyła. Przeprowadzka jak przeprowadzka, powiecie. I słusznie. Byłem tu świadkiem kilku już przeprowadzek i nic w tym dziwnego nie zauważyłem. Przeprowadzkowicze podjeżdżają pod klatkę schodową, korzystają z windy towarowej i po kilku godzinach wszystko jest gotowe. Jednak tym razem było inaczej...

Na początku może wyjaśnię jedną sprawę, która będzie pomocna do wyjaśnienia w czym rzecz. Nasz blok składa się z trzech części, które połączone są dwoma pionowymi ciągami wind. Jeden ciąg zawiera trzy windy, w tym jedną większą, towarową. Drugi ciąg to tylko jedna winda. Przy każdym ciągu są schody, a same ciągi poziomo połączone są długimi korytarzami, wzdłuż których położone są mieszkania.

Jeśli więc przeprowadzka zajmie jedną windę czy nawet dwie, to idę do trzeciej lub do drugiego ciągu wind. W ostateczności korzystam ze schodów, co się już zdarzyło ze dwa razy, gdy windy były zepsute.

Kilka dni temu poszedłem wynieść śmieci. Zszedłem na dół i zauważyłem wieelki wóz przed drzwiami. Przeprowadzka. Trudno. Wyrzuciłem śmieci i idę do windy. I tu zastała mnie pierwsza niespodzianka. Wszystkie windy w tym pionie były zajęte. W dwie ktoś pakował jakieś toboły, trzecia gdzieś krążyła między piętrami. Schody?  Ktoś z krzesłami się po nich tarabanił. O la la! Takiego tempa i rozmachu przeprowadzki jeszcze nie widziałem!

Cóż, jest jeszcze drugi pion komunikacyjny. Poszedłem więc do niego i tu kolejna niespodzianka! Winda zablokowana - znaczy, że ktoś u góry właśnie z niej coś wypakowuje. A schody? Schody też zablokowane! Dwóch pracowników transportuje szafę!

Potulnie podreptałem za nimi. Poczekałem do następnego piętra i pobiegłem korytarzem do drugiego łącznika. Windy nadal zajęte. Schody? Kolejni pracownicy z kolejną szafą!

Co miałem robić. I tak powoli poszedłem za tymi pracownikami zrezygnowany stopień po stopniu, jak Jaś Fasola właśnie. Już piąte piętro, niedługo nasze. I klapa! Szafa na zakręcie zaklinowała się na amen. Pracownik z przodu zaczął próbować coś podważać, wyciągnąć ją, ale ten pracownik z tyłu machnął tylko ręką. Usiadł na parapecie półpiętra, popatrzył na mnie. Ja na niego. Zacząłem się właśnie zastanawiać czy nie wejść na tą szafę i po prostu przez nią przejść, gdy tenże pracownik zwrócił się do mnie z takim oto pytaniem:

- A co pan szanowny myśli o ciemnej stronie Księżyca? Bo ostatnio czytałem o tym na onecie.

I tu mnie formalnie zamurowało. Chuchu alkoholowego nie wyczułem. Oczy pracownika mętne nie były. Postawę przyjmował pionową.

Moje przedłużające się zastanawianie nad zaistniałą sytuacją i co za tym idzie milczenie, pracownik uznał za moją odmowę kontynuowania rozmowy. W czym miał rację. Machnął więc na mnie ręką i stwierdził:

- Pan się tu przeciśnie koło ściany, bo tej szafy to my jeszcze długo nie ruszymy.

Zgodnie z zaleceniem przecisnąłem się i poszedłem w swoją stronę.

Wczoraj inni pracownicy, do innego mieszkania, wnosili płytki i gips. Poczekałem przed klatką aż wniosą. Nawet nie próbowałem za nimi iść.

Nie chciałem być zaskoczony. Rano nie sprawdziłem co onet uznał za wiadomość dnia.

czwartek, 24 marca 2016

Bardzo grzeczny pijak.

Wyszedłem przed furtkę, by dojść do przystanku. Zobaczyłem, że w oddali zataczał się jakiś pijany facet. Od jednego krańca chodnika do drugiego. Regularna alkoholowa sinusoida. I to rzeczywiście dość regularna, bo ani nie wchodził na trawnik, ani na ulicę. Musiał instynktownie odbierać informacje zwrotne o krańcach, które dostarczały mu krawężniki i samochody stojące z boku chodnika.

W pewnym momencie stanął. Samochód go zatrzymał. Stojący na chodniku. A dokładniej zataczającego się zatrzymała maska tegoż samochodu.

Stał tam cały czas, gdy go mijałem. Stał i coś mówił. Co?

Jeszcze raz bardzo pana przepraszam, ale naprawdę się spieszę. Przepuści mnie pan?

On nie do mnie mówił. Do maski mówił.

Jak to miło spotkać tak kulturalnego człowieka. W dzisiejszych czasach są wyjątkiem.

piątek, 11 marca 2016

Całodniowe rżnięcie.

Od grudnia w naszym pionie przeprowadza się zadziwiająco wiele remontów. Jeden bezpośrednio nad nami. Jeden piętro wyżej, ale obok nas. Kilka z nich ileś pięter wyżej. A ogłoszenie z przeprosinami za hałas na tablicy ogłoszeń wisiało tylko jedno...

W pewnym momencie doszło nawet do tego, że jednocześnie słyszeliśmy odgłosy kilku remontów naraz. Głos płynący z telewizora był niesłyszalny. Pracowali nawet w Wigilię i do wieczora w Sylwestra. Po dwóch miesiącach remonty te były tak uciążliwe, że gdy pewnej niedzieli jeden z remontujących znów zaczął swoje pukanie i stukanie, to z mieszkania wyskoczyłem nie tylko ja, ale jeszcze kilku ludzi, i ganialiśmy po całym pionie w poszukiwaniu tego remontującego idioty. Dopadliśmy do jednego z mieszkań, gdzie dochodziły odgłosy, ale dwóch przestraszonych robotników zapewniało, że to nie oni, bo pracę wiertłem zakończyli przed tygodniem i teraz czyszczą ściany. Na dowód wpuścili nas do środka, żebyśmy sami to stwierdzili. Po lustracji ujawnili nam, że ich już wcześniej mylono z tym, co tak głośno wierci, a wierci tak głośno, bo ma wiertarkę popsutą. Mieli już kilka wizyt strażników miejskich. Odsyłali ich piętro wyżej. Gdy tam poszliśmy i znów usłyszeliśmy wiercenie, to krew w nas zawrzała tak mocno, iż robotnik, który wyszedł, zaczął się ze zdenerwowania jąkać i obiecał, że już nigdy więcej. Słowa dotrzymał.

Na szczęście obecnie, w marcu, wszystkie remonty już się skończyły, oprócz jednego. Nie zgadniecie jakiego - tak! Oczywiście tego tuż nad nami. Jaki zbieg okoliczności!

Od jakiegoś tygodnia remont polega na rżnięciu drewna. Zaczynam dochodzić do wniosku, że remontujący sam, na miejscu, wytwarza sobie boazerię i to do wszystkich pomieszczeń. Tnie drewno w różnoraki sposób. Szybkimi ruchami z pełną mocą w krótkich interwałach. I wolno, ruchami ledwo słyszalnymi. Dostojnie wręcz. Jedno pozostaje niezmienne - rżnie cały dzień. Rżnie, i rżnie, i rżnie. Rano, nawet o 7. W południe i wieczór. Kończy krótko przed 22.

To musi być jakiś robot. Tak długo i intensywnie rżnąć człowiek nie potrafi, nawet za młodu, przy chuci uderzającej z każdej komórki testosteronu.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Wstając.

Ciężko się wychodzi z grypy.
Jeszcze ciężej jeśli to była taka grypa, iż schudłem 2 kilogramy w przeciągu tygodnia.
Jeszcze ciężej jeśli stoi przede mną rower treningowy, którego właśnie kupiliśmy, żeby kondycję móc wzmóc. A były momenty, że do tego roweru to doczołgać bym się nie mógł.

Na szczęście zdrowie wróciło i ćwiczenia rozpoczęliśmy. Regularne ćwiczenia, co warto podkreślić.

A w kwestii drugiej książki... Zaciąłem się na banalnej do napisania sprawie, czyli opisu spotkania się z kobietą poznaną w biurze matrymonialnym. Czyli na połowie drugiego rozdziału z trzech, mniej więcej na dwóch trzecich całości. I ani w te, ani wewte. Poradzę sobie z tym jednak. Czuję. Już czuję.

piątek, 8 stycznia 2016

Normalnych klientów życzę.

Tuż obok naszego bloku jest supermarket. Sieci społemowskiej. Wybór towaru taki sobie, kasjerki też typowo społemowskie, ale jako że blisko sklep jest położony, to często tam robimy zakupy.

Korzysta z tego sklepu również sól tej ziemi, czyli okoliczni pijaczkowie czy nawalone Matki Polki z zapalonym petem w gębie i dzieckiem w wózku. Jedna z takich matek wczoraj właśnie stała za mną w kolejce. Poznałem po chuchu. I alkoholowym, i papierosowym.

Kobieta przede mną chciała złożyć kasjerce życzenia. "Zdrowia, pieniędzy, pociechy z rodziny. I normalnych klientów." Kasjerka popatrzyła na nią przez chwilę w milczeniu i zaczęła się śmiać. Nie, nie śmiać. Rechotać. "Normalnych klientów, he he he, pani powiada? Normalnych klientów?".

Rechotała się i rechotała. Kobieta przede mną wyszła już ze sklepu jak niepyszna, a ona jeszcze się rechotała, co jakiś czas powtarzając: "Normalnych klientów, he he he!". Gdy wychodziłem i ja, nadal słyszałem jej rechot.

Nie ma to jak dobry humor na początek roku.