wtorek, 20 października 2015

Nie nadużywaj dobrotliwości policjanta swego.

Już drugi miesiąc zmagamy się z remontem przystanków koło nas. Pisałem o tym. Najgorszy będzie ostatni tydzień przed oddaniem nowych przystanków do użytku. Trasa linii objazdu jeszcze się skróci i zniknie przystanek niedaleko mojego bloku. Ale to dopiero od soboty. W piątek autobus miał jeździć jeszcze trasą wcześniejszą.

Stoję na przystanku i widzę, że w oddali nadjeżdża autobus właśnie. Ustawiłem się w gotowości, ale... Spostrzegam, że autobus zamiast jechać prosto, to skręca! Kierowcy pomyliły się dni zmiany trasy czy co?

Popatrzyłem na ludzi wokół. Zauważyli to również i również byli tym wkurzeni. Tym bardziej że linia zastępcza ma znacznie gorszą częstotliwość i następny autobus byłby dopiero za kwadrans.

No nic. W ciągu 15 minut dojdę piechotą do następnego przystanku, gdzie może trafię już na tramwaj. Poszedłem więc. Nie szedłem szybko. Na rogu 11 Listopada i Inżynierskiej rzeczywiście zauważyłem, że na światłach stoi tramwaj i za chwilę podjedzie na przystanek. Tylko że cykl świateł jest tam dość skomplikowany, więc musiałbym czekać dwa cykle, a tramwaj rusza już po jednym. Nie zdążę...

Zauważyłem jednak, że za tramwajem stoi... ten autobus, który mi uciekł. Jego trasa częściowo pokrywa się z linią tramwajową, ale na tym skrzyżowaniu, na którym stałem, skręca w inną stronę i przystanek ma gdzieś indziej. Stwierdziłem, że pobiegnę do tegoż autobusu właśnie. Autobus ruszał, ale ja miałem jeszcze czerwone światło. Rozejrzałem się wokół. To był ten martwy moment, w którym samochody z naprzeciwka jeszcze nie ruszają. Pobiec na skos? Ale obok mnie na przejściu czeka policjant... Trudno! Pobiegłem więc na czerwonym na skos do przystanku. Autobus dopiero podjeżdżał. Wsiadłem.

W autobusie była tylko jedna kobieta. No tak. Kierowca ominął dwa najważniejsze przystanki...
- A pan chyba zapomniał, że zmiana trasy jest dopiero od jutra? - Zwróciłem się do kierowcy.
- Co? - Kierowca udawał, że nie wie o co chodzi lub faktycznie nie wiedział.
- Zamiast skręcać z 11 Listopada powinien pan jechać jeszcze prosto do następnego przystanku. - Wyjaśniłem.
- Aaaaa. - Zaskoczył kierowca. - Faktycznie.

Nagle za swoimi plecami usłyszałem:
- Pan to jednak jest wyjątkowo bezczelny!

Odwróciłem się. Za mną stał ten policjant, którego widziałem na przejściu dla pieszych. I te słowa kierował... do mnie.
- Słucham? - Odrzekłem kompletnie zaskoczony.
- Mówię, że pan jest naprawdę bezczelny! - Dodał, cokolwiek piskliwym głosem, co powagi mu nie dodawało, a wręcz przeciwnie.
- Nie rozumiem... - Dodałem.
- Nie dość, że przebiegł pan na czerwonym, choć widział, że stoję obok niego, to jeszcze nie zatrzymał się pan, gdy go wołałem!

Już chciałem stwierdzić, że trudno usłyszeć kogoś słowa w hałasie ulicy, jeśli słowa owe wypowiadane są tak cienkim głosikiem. Powstrzymałem się jednak, bo po co mu robić przykrość? Dodałem więc tylko, że przepraszam, ale nie słyszałem jego zawołań.

Po chwili byliśmy już na przystanku końcowym, więc spojrzałem na niego pytająco. Nic nie odpowiedział, tylko pogroził palcem. Wysiadłem więc i szybko podążyłem w stronę metra. Po drodze było jeszcze kolejne przejście z sygnalizacją świetlną. Przystanąłem więc i czekałem na zmianę światła na zielony. W pewnym momencie kątem oka zauważyłem, że ów policjant stoi niedaleko mnie i z uwagą mi się przygląda. Na twarzy widniał mu złośliwy uśmieszek, a w ręku trzymał bloczek. Pewnie mandatowy.

No tak. Gdybym teraz przebiegł przez ulicę, to mandat dostałbym na 100 procent...

2 komentarze:

Annette ;-) pisze...

A gdybyś mu jednak coś o jego cienkim głosiku wspomniał, to i dwa mandaty byś dostał.

Lukasz Blazejak pisze...

Dlatego wolałem zostawić to dla siebie. ;-)