czwartek, 31 grudnia 2015

Życzenia na Nowy Rok.

Życzę Wam wszystkim, moi drodzy czytelnicy dychawicznego bloga, żeby nadchodzący Nowy Rok nie był gorszy od starego. Co, stwierdzam ze smutkiem, przy naszej nowej władzy, będzie niezwykle ciężkie do uzyskania...

wtorek, 8 grudnia 2015

Podobieństwo do uchwycenia trudne.

Pisałem wiele razy już, że uwielbiam duet komentatorski Jaroński-Wyrzykowski. Za humor absurdalny, za humor inteligentny. W ogóle za humor. W ten weekend pobili jednak rekord zawartości absurdu w humorze.

Rzecz się działa przy okazji komentowania biathlonu. Biathlon to taka dyscyplina, w której zawodnicy biegają nartami po śniegu, a w międzyczasie strzelają z karabinków do tarczy. W tym przypadku chodziło o zawodniczki. Realizator pokazywał właśnie jakąś Rosjankę.

Jaroński: Popatrz, ale ona do matki podobna.
Wyrzykowski: Nie wiem, bo nie znam jej matki.
J: Nie pamiętasz? Była biegaczką narciarską. Mają takie samo nazwisko.
W: Aaaa, coś sobie przypominam, ale twarzy jednak nie pamiętam.
J: Jak znajdę jej zdjęcie w Internecie, to sobie przypomnisz.
W: To znajdź.

Pan Jaroński poszukał i zdjęcie pokazał.

W: A teraz pokaż mi zdjęcie tej jej córki, bo tak szybko mi mignęła, że jej twarzy też nie pamiętam.
J: Proszę.
W: Wiesz... Moim zdaniem nie ma tu żadnego podobieństwa. No..., może jak się tak dłużej przyjrzeć...
J: To jest Krzysztof Miklas, komentator...

Do tej pory nie mogę przestać się śmiać.

środa, 18 listopada 2015

Odnośnie wyników wyborów.

Jadę sobie tramwajem. Obok mnie stoją dwie starsze kobiety i malutka dziewczynka. Kobiety rozmawiały sobie o wyborach. Z rozmowy można było wywnioskować, że były antykaczyńskie. W pewnym momencie dziewczynka zapytała się:
- Babciu, a co to jest Kaczyński?
- To taki pan.
- A co ten pan robi?
- Ten pan jest zły. Tak zły jak dziadek Heniek.

Wtedy wtrąciła się druga babcia.
- Marysia, nie strasz. Nie ma tak złego człowieka jak dziadek Heniek.

Dlatego cieszmy się, że wybory wygrał Kaczyński, a nie dziadek Heniek.

A jeśli ktoś szuka prezent na Mikołajki lub Święta, to zostało mi jeszcze kilka autorskich książek. Zapraszam do linka obok. ;-)

sobota, 31 października 2015

Szynka z pedała.

Chciałem wejść do sklepu, gdy podszedł do mnie pewien nurek.
- Hej Legia. - Przywitał się.
Nie zareagowałem.
- To co, Polonia? - Skrzywił się.
- Nie Polonia i nie Legia. Nie oglądam piłki nożnej. - Odparłem.

Popatrzył na mnie dość dziwnie i oddalił się spiesznie w kierunku innego nurka stojącego nieopodal. Wchodząc do sklepu zdołałem jeszcze usłyszeć następujący dialog:
- Dał coś?
- Nie, nawet nie prosiłem.
- Dlaczego?
- To pedał jakiś.

Innym razem stoję w kolejce przed stoiskiem mięsnym. Przede mną starsza para zastanawia się jaką wędlinę kupić. Starsza pani coś tam starszemu panu szepnęła. On pokręcił z kolei głową i rzekł:
- Szynka z nędzarza? To będą same żyły i kości!

Patrzę na nazwę tej wędliny. Nazwa brzmi: "Szynka wędzarza".

Życie to jednak pasmo słownych zaskoczeń, nieprawdaż?

wtorek, 20 października 2015

Nie nadużywaj dobrotliwości policjanta swego.

Już drugi miesiąc zmagamy się z remontem przystanków koło nas. Pisałem o tym. Najgorszy będzie ostatni tydzień przed oddaniem nowych przystanków do użytku. Trasa linii objazdu jeszcze się skróci i zniknie przystanek niedaleko mojego bloku. Ale to dopiero od soboty. W piątek autobus miał jeździć jeszcze trasą wcześniejszą.

Stoję na przystanku i widzę, że w oddali nadjeżdża autobus właśnie. Ustawiłem się w gotowości, ale... Spostrzegam, że autobus zamiast jechać prosto, to skręca! Kierowcy pomyliły się dni zmiany trasy czy co?

Popatrzyłem na ludzi wokół. Zauważyli to również i również byli tym wkurzeni. Tym bardziej że linia zastępcza ma znacznie gorszą częstotliwość i następny autobus byłby dopiero za kwadrans.

No nic. W ciągu 15 minut dojdę piechotą do następnego przystanku, gdzie może trafię już na tramwaj. Poszedłem więc. Nie szedłem szybko. Na rogu 11 Listopada i Inżynierskiej rzeczywiście zauważyłem, że na światłach stoi tramwaj i za chwilę podjedzie na przystanek. Tylko że cykl świateł jest tam dość skomplikowany, więc musiałbym czekać dwa cykle, a tramwaj rusza już po jednym. Nie zdążę...

Zauważyłem jednak, że za tramwajem stoi... ten autobus, który mi uciekł. Jego trasa częściowo pokrywa się z linią tramwajową, ale na tym skrzyżowaniu, na którym stałem, skręca w inną stronę i przystanek ma gdzieś indziej. Stwierdziłem, że pobiegnę do tegoż autobusu właśnie. Autobus ruszał, ale ja miałem jeszcze czerwone światło. Rozejrzałem się wokół. To był ten martwy moment, w którym samochody z naprzeciwka jeszcze nie ruszają. Pobiec na skos? Ale obok mnie na przejściu czeka policjant... Trudno! Pobiegłem więc na czerwonym na skos do przystanku. Autobus dopiero podjeżdżał. Wsiadłem.

W autobusie była tylko jedna kobieta. No tak. Kierowca ominął dwa najważniejsze przystanki...
- A pan chyba zapomniał, że zmiana trasy jest dopiero od jutra? - Zwróciłem się do kierowcy.
- Co? - Kierowca udawał, że nie wie o co chodzi lub faktycznie nie wiedział.
- Zamiast skręcać z 11 Listopada powinien pan jechać jeszcze prosto do następnego przystanku. - Wyjaśniłem.
- Aaaaa. - Zaskoczył kierowca. - Faktycznie.

Nagle za swoimi plecami usłyszałem:
- Pan to jednak jest wyjątkowo bezczelny!

Odwróciłem się. Za mną stał ten policjant, którego widziałem na przejściu dla pieszych. I te słowa kierował... do mnie.
- Słucham? - Odrzekłem kompletnie zaskoczony.
- Mówię, że pan jest naprawdę bezczelny! - Dodał, cokolwiek piskliwym głosem, co powagi mu nie dodawało, a wręcz przeciwnie.
- Nie rozumiem... - Dodałem.
- Nie dość, że przebiegł pan na czerwonym, choć widział, że stoję obok niego, to jeszcze nie zatrzymał się pan, gdy go wołałem!

Już chciałem stwierdzić, że trudno usłyszeć kogoś słowa w hałasie ulicy, jeśli słowa owe wypowiadane są tak cienkim głosikiem. Powstrzymałem się jednak, bo po co mu robić przykrość? Dodałem więc tylko, że przepraszam, ale nie słyszałem jego zawołań.

Po chwili byliśmy już na przystanku końcowym, więc spojrzałem na niego pytająco. Nic nie odpowiedział, tylko pogroził palcem. Wysiadłem więc i szybko podążyłem w stronę metra. Po drodze było jeszcze kolejne przejście z sygnalizacją świetlną. Przystanąłem więc i czekałem na zmianę światła na zielony. W pewnym momencie kątem oka zauważyłem, że ów policjant stoi niedaleko mnie i z uwagą mi się przygląda. Na twarzy widniał mu złośliwy uśmieszek, a w ręku trzymał bloczek. Pewnie mandatowy.

No tak. Gdybym teraz przebiegł przez ulicę, to mandat dostałbym na 100 procent...

środa, 7 października 2015

Relax, man.

Od ponad miesiąca koło naszego bloku modernizują przystanki tramwajowe. Będą modernizowali jeszcze następny miesiąc. Gdy zmodernizują je, będzie naprawdę świetnie, ale do tej pory musimy się borykać z utrudnieniami. Utrudnienia są dość poważne, bo trzeba było rozkopać 2/3 ulicy i zamknąć dojazd z jednej strony. W związku z tym trasa autobusu zastępczego zmieniała się jak w kalejdoskopie. Co kilka dni była inna. W końcu od dwóch tygodni wyklarowała się i stała się jednokierunkową, to znaczy od Wileńskiej prowadzi w stronę naszego bloku, a gdy dojeżdża w jego okolice to zawraca i jedzie z powrotem.

Dziś też tą linią jechałem. Usiadłem z przodu, koło mnie jakiś staruszek. Wyglądał na trochę znudzonego, a gdy staliśmy w korku wyraźnie drzemał.

Na jednym z przystanków wsiadła staruszka, usiadła obok nas. Rozejrzała się wokół i zagadnęła znudzonego staruszka:
- Dokąd tym autobusem dojadę, panie szanowny?
- Aaa... nie wiem, proszę pani. - Uśmiechnął się staruszek. - Ja to tak lubię sobie czasami wsiąść do autobusu i jeździć bez konkretnego celu. Tak, by tę nową Warszawę lepiej poznać. - Wyjaśnił.
- Aha. - Staruszka popatrzyła na niego podejrzliwie. - To nie wie pan czy dojadę nim do Wileńskiej?
- Do Wileńskiej dojedzie pani. - Uspokoił staruszek staruszkę. - Tu ma pani rozkład. - Wskazał tablicę. - Ja na Wileńskiej wsiadałem i teraz właśnie jedziemy do Wileńskiej. Zaraz, zaraz... - Coś mu zaczęło nie pasować.

Tu włączył się kierowca, który najwyraźniej tą rozmowę słyszał:

- Proszę pana! Ale to jest trasa okrężna! Autobus jeździ w kółko!
- Właśnie! - Puknął się w czoło staruszek. - Jakoś mi to nie pasowało, bo, wie pan, za trzecim czy czwartym razem to już się zorientowałem, że mijamy ciągle te same przystanki, ale myślałem, że to jakiś objazd i za chwilę pojedziemy gdzieś dalej.
- Bo to jest objazd. - Zaśmiał się kierowca.
- To ja wysiądę na Wileńskiej i wsiądę do innego autobusu, bo, wie pan, jak powiem wnukowi, że przez godzinę jechałem z Wileńskiej na Wileńską, to znów powie, że jestem stuknięty...

czwartek, 24 września 2015

Programistka.

Inia przed wakacjami zdawała egzaminy na dwa kółka zainteresowań. Egzaminy na kółka zainteresowań? Przecież to głupota! Powiecie pewnie. Teoretycznie tak. W praktyce... Kółka zainteresowań są organizowane nie przez szkołę, a przez Pałac Kultury i Nauki, a ściślej młodzieżową jego część, czyli Pałac Młodzieży. Żeby w tych kółkach uczestniczyć, trzeba mieć na starcie jakąś dawkę danej wiedzy czy umiejętności, bo wszystko, co tam się dzieje, jest ponadprogramowe.

Inia wybrała... informatykę i programowanie. Tak, nie malarstwo, nie śpiew, taniec czy coś takiego. Programowanie. Pomyśleliśmy sobie: jeśli chce, to niech spróbuje. Zdała obydwa egzaminy i na zajęcia dostała się. Już po tych egzaminach dowiedzieliśmy się, że Inia trafiła na jakieś legendarne zajęcia, które są wylęgarnią jakichś dziwnych programistów walących potem wszystkich na odlew na olimpiadach. U la la...!

I rzeczywiście. Już na pierwszych zajęciach prowadzący powtarzał, że aby się tu dostać, trzeba było na starcie wiedzieć huhu i jeszcze trochę, a po zakończeniu tych zajęć chciałby, by znacznie łatwiej uczestnikom uczyło się w... liceum. Tak, w liceum! Popatrzyłem potem na program tych zajęć. Poważna sprawa, nawet dla mnie...

Najlepsze jest jednak to, że to są specjalne programy autorskie i wiedzę czy też praktykę dzieci poznają przez zabawę i stopniowo. Jak utworzyć program sterujący deszczem, albo ilością gwiazd na niebie. Inię to już wciągnęło. Bawi się tymi programami, zmienia zmienne i patrzy jakie efekty uzyska. Świetna to dla niej zabawa!

Faktem jest, że Inia coraz mocniej pokazuje, że będzie w przyszłości nakierunkowana na przedmioty ścisłe. Nie wiem jak długo będzie trwała u niej ta fascynacja programowaniem. Wiem jednak, że warto dziecko zapisywać na takie pozaszkolne zajęcia, bo znacząco rozszerza jego wiedzę.

środa, 9 września 2015

Okien to pochwała. I ciszy.

Noc, było dość gorąco. Jednak okna w naszej sypialni i w pokoju Ini zamknięte i zasłonięte żaluzją. Wystarczy, że reszta okien w mieszkaniu jest otwarta i zimniejsze nocne powietrze dociera wszędzie. A zamknięte okna skutecznie odcinają nas od hałasu ulicy. Bardzo skutecznie...

Godzina mniej więcej szósta rano. Obudziły mnie płynące z pokoju dziennego jakieś głosy, krótkie syreny alarmowe. W normalnej sytuacji jeśli słyszy się syrenę, której dźwięk jest nagle urwany w pobliżu, to znaczy, że niedaleko nas coś się stało niespodziewanego, wobec tego możemy czuć się zaniepokojeni. Jednak my się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić, bo niedaleko nas jest prokuratura i często przyjeżdżają tu na sygnale policyjne samochody dowożąc aresztowanych na przesłuchania. Dlatego urywane syreny nie zaniepokoiły mnie tak bardzo, ale dużo głosów tak.

Na wpół rozbudzony poszedłem do pokoju dziennego, otworzyłem drzwi balkonowe i... Zmartwiałem. Na dole stało cztery czy pięć samochodów strażackich, kilka policyjnych, mundurowych od groma, a okoliczne okna były obstawiane gapiami. A tuż obok naszego balkonu przemieszczała się właśnie drabina. Przesuwała się w roku budynku aż na dach, czyli musiała przejechać na wprost okna do naszej sypialni.

Popędziłem z powrotem. Otworzyłem okno i... rzeczywiście. Drabina była tak blisko naszego okna, że mogłem ją dotknąć rękoma. Tylko że akurat w tym momencie, gdy otworzyłem, to oczy wszystkich - mundurowych i gapiów - były zwrócone właśnie w stronę naszego okna i ich najbliższych okolic.

Zamknąłem okno. Poszedłem z powrotem na balkon. Popatrzyłem sobie jeszcze raz na dół. Drabina zjeżdżała już w dół. Zauważyłem też, że strażacy wynosili zwinięty już materac ochronny, który się używa, gdy ktoś chce skakać. Czyli to koniec akcji.

Na Chłodnej słyszeliśmy najmniejszy szelest. A tu... Jakim cudem nie usłyszeliśmy przyjazdu prawie dziesięciu pojazdów z syrenami, rozlokowania ich, całej akcji? No jak? Z powodu okien. Nowych, plastikowych, szczelnych jak diabli okien. Jest to więc post-pochwała nowoczesnych okien! ;-)

A dziś dowiedzieliśmy się, że to jeden z mieszkańców, dość uciążliwy, próbował skoczyć z dachu.

piątek, 21 sierpnia 2015

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą.

Poszedłem do fryzjera. Była tylko jedna osoba przede mną, więc byłem zadowolony, że nie będę musiał długo czekać. Po chwili do salonu wszedł starszy facet, który był... łysy? No właśnie! Co łysy facet robi u fryzjera?

Usiadł koło mnie. Kątem oka zacząłem przypatrywać się jego głowie. Faktycznie, trochę włosków zauważyłem. Kilka dłuższych na przedzie głowy, kilka cieniutkich z tyłu. To wszystko. Z daleka rzeczywiście może wyglądać na łysego.

Moje wątpliwości podzielała również i fryzjerka, bo gdy go poprosiła, by usiadł na krześle, krytycznym okiem popatrzyła na jego głowę i zapytała się:
- A co ja mam tu panu obcinać?
- Może pani skrócić tak o połowę, co? - Zaproponował quasi-łysol.
- No dobrze. Niech będzie.

Nie trwało to dłużej niż minutę, łącznie z dłuższą chwilą kontemplowania tychże włosów przez fryzjerkę. Wreszcie zdjęła z niego otulinę przeciwwłosową.
- Ile płacę? - Zapytał quasi-łysol.
- Za te kilka włosków? Nic. - Wyjaśniła fryzjerka. - Gratis od firmy to jest.
- O! To dziękuję bardzo. - Ucieszył się właściciel wyrównanych kilku włosów na przedzie.. - Bo, wie pani, u innego fryzjera, to mi powiedzieli, że za samo włączenie maszynki muszę zapłacić.
- To u nas czegoś takiego nie ma. - Fryzjerka uśmiechnęła się.
- Niech was Bóg w klientach za to wynagrodzi! - Ukłonił się i wyszedł.

Nasz klient, nasz pan!

czwartek, 13 sierpnia 2015

P.... lato!

Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów!

Nienawidzę upałów!

Wysysają z człowieka wszystkie siły. Każdy ruch powoduje jeszcze większy dyskomfort. Powietrze jest twoim wrogiem. Nawet w nocy.

Dziś rano po raz pierwszy od przeszło dwóch tygodni mogłem wypić gorącą herbatę bez ryzyka zagrzania organizmu.

Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów! Nienawidzę upałów!

piątek, 31 lipca 2015

Spiesz się powoli. I pamiętaj o zakrętach.

Idę wyrzucić śmieci. Wychodzę na korytarz, staję przed windą. Naciskam guzik, ale jednocześnie słyszę, że winda już jest w ruchu. Ktoś zjeżdża z wyższego piętra. W końcu winda się zatrzymuje, otwierają się drzwi, wchodzę do środka kabiny i widzę, że w windzie jest jakiś starszy facet. Co jakiś czas go w bloku zauważam. Znaczy - mieszka tu. OK, nie ma problemu. Nie lubię jak ktoś jedzie ze mną w windzie, ale to nie jest sytuacja z gatunku kryzysowych. Jeśli oczywiście nikt nie zachowuje się dziwnie. Ten akurat zaczął się zachowywać... niecodziennie.

Spostrzegłem od razu, że jest ubrany w coś w rodzaju piżamy. Była godzina 16. Widać sąsiad nieźle balował. Chyba tak, bo... zaczął się rozbierać, a dokładniej zaczął zdejmować piżamowe spodnie. W pewnej chwili zamknąłem wręcz oczy, żeby nie patrzeć czy poza tymi spodniami ma ubrane coś jeszcze. Gdy otworzyłem oczy okazało się na szczęście, że miał. Pantalony takie.

Gdy spostrzegłem, że starszy pan zaczyna zdejmować odzież górną, stwierdziłem, że muszę zareagować, póki ta sytuacja nie zabrnęła za daleko.
- Przepraszam, ale co pan robi? - Delikatnie zacząłem.
- Panie szanowny, wybacz pan, ale na dole to ja muszę już być ubrany. - Odpowiedział, czynności rozbierania nie przerywając.
- Rozumiem, ale...
- Panie szanowny. Kolega czeka na dole w samochodzie. Jedziemy do roboty, a ja zaspałem. Gdyby się dowiedział, że spałem, to dopiero by były jaja!
- Aaaaa! - Teraz rzeczywiście zrozumiałem.
- Może pan się przesunąć, bo bluzy nie założę? - Zaczął machać rękoma w celu sfinalizowania tej czynności i rzeczywiście mógłby mnie uderzyć, gdybym się nie przesunął.

Na szczęście winda osiągnęła parter. Przezornie wypuściłem spóźnionego przed siebie, żeby mnie znów nie próbował uszkodzić. Sęk w tym, że uszkodził sam siebie. Za zakrętem usłyszałem głośne "łup" i ujrzałem przebierańca leżącego na podłodze. Poślizgnął się na nogawce spodni, które niedokładnie włożył do torby i do tego zawadził o wycieraczkę.

Spytałem się czy wszystko OK. Odpowiedział, że tak, choć było widać, że twarz ma brudną od kurzu. Poszedłem więc do śmietnika. Właśnie zamykałem drzwi po czynności umieszczenia śmieci w koszu, gdy usłyszałem kolegę przebierańca: "Jak ty wyglądasz! Mogłeś choć mordę umyć po tej libacji!".

Libacja? Też mi coś. Najważniejsze, że nic się nie dowiedział o zaspaniu.

piątek, 24 lipca 2015

Tramwajowe nadymanie analu.

Ostatnio w tramwaju byłem świadkiem takiej rozmowy, że jeszcze teraz na jej wspomnienie mam poczucie zażenowania...

Siedziałem na czteropaku. Naprzeciwko mnie siedziała niska kobieta, za nią matka z dzieckiem. Kobieta niska miała biust wielkości zwiększonej i to na tyle, że wylewał jej się z mikrobluzki.

Po kilku przystankach wsiadła inna dziewczyna, wysoka, i gdy zobaczyła niską z megabiustem pisnęła z radości. Niska pisnęła również. Machnięciem ręki zaprosiła wysoką na siedzenie naprzeciwko niej, czyli obok mnie.

- Cześć Izka! Kopę lat! - Wysoka zaczęła rozmowę.
- Cześć! - Niska się odezwała. - Co u ciebie?
- A nic. Męża mam. W biurze teraz robię.
- A ja nadal szaleję! - Zaśmiała się niska. - Cyce mi się powiększyły hehe.
- Właśnie widzę. A co? Nadal na rurze? - Dopytała się wysoka.
- Nie, już tam nie tańczę. Przebranżowiłam się. W pornolach teraz robię.
- W czym?? - Wysoka aż się zachłysnęła.
- No, w filmach dla dorosłych. Wiesz, barabara i te sprawy. - Zarechotała niska.
- Ja wiem co to są pornole. Nie musisz mi tłumaczyć - Żachnęła się wysoka. - No ale...
- A co dziwnego? Wszystko dla ludzi.
- No niby tak, ale na rurze to nie musiałaś się pieprzyć.
- A skąd wiesz?

Tu nastąpił tak zwany opad szczeny. Opad trwał dość długo. W końcu szczena wróciła do jako takiej formy.

- To ja nie wiedziałam, że na rurze też...
- Taka praca, a klienci byli różni. Jeden chciał to, drugi tamto. - Wzruszyła ramionami niska. - A w pornolach robię to samo, za to forsa większa. No i faceci nie są nachlani.
- Ale nie przeszkadza ci, że cię ktoś może w tych filmach zobaczyć? Znajomi, rodzina?
- Ich sprawa. - Wzruszyła ramionami. - Ja się nie przejmuję, a mój facet to akceptuje.
- Niby ich, ale ja to bym tak nie mogła...
- Kwestia przyzwyczajenia. - Zaśmiała się niska. - Na przykład od kilku dni przygotowuję się do analu i w tyłku mam balonik.
- Do czego? - Wysoka w pierwszej chwili nie zajarzyła.
- No... Że w dupę. - Zaśmiała się niska.
- Aha. - Wysoka zaśmiała się również.

Dalszego ciągu nie usłyszałem. Musiałem wysiąść.

Jestem nowoczesny. I generalnie wszystko fersztejen. Rzeczywiście wszystko jest dla ludzi. Tylko dlaczego w tramwaju? Dlaczego przy małych dzieciach? Dlaczego przy dorosłych, którzy wcale tego nie chcą słyszeć?

czwartek, 16 lipca 2015

Nasze ryzykowne hobby.

Pamiętacie, gdy pisałem o tym, że w naszym bloku jest bardzo spokojnie, a mieszkańcy niewyróżniający się, z wyjątkiem jednego pana, który najwyraźniej ma mocne odchyłki pedantyczne? Opisywałem moje spotkanie z nim w piwnicy, gdzie ekierką sprawdzał kąty proste.

Tenże pan często stoi przed klatką schodową i sprząta. A to wyrzuca śmieci z kosza przed drzwiami do dużego zbiorczego śmietnika. A to w tym zbiorczym śmietniku sprawdza wszystkie śmieci czy są posegregowane. Generalnie praktycznie zawsze gdy wchodzę lub wychodzę z bloku natykam się na niego podejmującego różne czynności.

Tym razem wychodziłem z bloku. Główne drzwi są przeszklone, ale tylko w górnej połowie. Dolna jest stalową płytą. Otwierają się na zewnątrz. Otworzyłem je jak zazwyczaj, ale głośne "łup" było już raczej niecodzienne. Drzwi też otwierały się z dużo większym oporem niż zazwyczaj.

Gdy w końcu otworzyłem je oczom moim ukazał się widok... tegoż pana leżącego na ziemi i trzymającego się za głowę. Zaskoczony totalnie schyliłem się i zapytałem czy nic mu nie jest. Odpowiedział, że nie, tylko sobie niezłego guza nabił. Zacząłem się tłumaczyć, że go nie widziałem przez drzwi. Odpowiedział, że on tylko... sprzątał śmieci na wycieraczce. Po chwili wstał, oparł się o parapet obok drzwi i nadal rozcierał sobie czoło.

Obok stała inna pani. Już kojarzę, że też mieszka w naszym bloku. Popatrzyła na mnie i rzekła:
- Niech pan się nie przejmuje. Sam sobie winien. Mógł sprzątać, jak tak lubi, ale mówiłam mu, żeby otworzył drzwi wejściowe, bo ktoś go nie zauważy i go walnie. Sam sobie winien.
- Fakt, mógł otworzyć te drzwi.
- Jemu to się często zdarza. Ostatnio tak samo zarobił drzwiami.
- Naprawdę?
- A myśli pan, że od czego on ma tego drugiego guza?

Nasze hobby czasami mogą być niebezpieczne dla zdrowia...

czwartek, 9 lipca 2015

Moje wyniki w strojeniu instrumentów.

Dostałem pierwsze wyniki sprzedaży książki. Powiem tak: nie jest to kompromitacja, zwłaszcza że w końcu jestem debiutantem. Jednak mogłoby być lepiej. Nic to, jestem dobrej myśli.

A propos książki to nie zawsze udaje mi się nawiązać jakiś ciekawy dialog. Czasami dlatego, że zwyczajnie nie mam ochoty rozmawiać. Tak było i tym razem.

Złożyło się niedawno tak, że stałem obok pewnego zbiegowiska, którego bohaterką była pewna pani. Jakiś starszy pan chciał jej zrobić zdjęcia. Zapytał się więc:
- Pozwoli pani, że zrobię jej zdjęcie?
- Może jednak nie, bo ja dziś nie jestem umalowana.
- To nic. Mój aparat i tak robi tylko czarno-białe zdjęcia.
Popatrzył na mnie i rzekł:
- Może pan stanąć obok tej pani, bo ma pan taką koszulkę z napisem "Chicago", a ten napis dobrze mi się kojarzy.

Zaskoczony i rozweselony spełniłem prośbę. Po zrobieniu kilku zdjęć staruszek przerwał czynność, więc odsunąłem się na bok. Po chwili jednak znów zostałem przez niego zaczepiony. Zaczął opowiadać o tym, że kiedyś mieszkał w Chicago. Całą historię swego życia rozwijać począł. Nie byłem nią zainteresowany, więc tylko grzecznie potakiwałem głową. W końcu wypalił:
- Pan to chyba musi być stroicielem instrumentów.
- Nie. A dlaczego pan tak sądzi? - Zapytałem się zdzwiony.
- Bo nic pan nie mówi, tylko słucha i słucha.

czwartek, 2 lipca 2015

Pride.

Wczoraj wysłaliśmy Inię na jej pierwszy samodzielny wyjazd. Fakt, że Inia była już sama u dziadków, ale to jednak rodzina. A teraz pojechała na 10-dniowy obóz. Co prawda będzie z kilkoma koleżankami z klasy, ale mimo wszystko po raz pierwszy nie będzie z nikim z rodziny.

Skorzystaliśmy więc z okazji i poszliśmy do kina, to znaczy na film. Film ma tytuł "Pride", a w Polsce jest wyświetlany pod tradycyjnie żenującym tytułem "Dumni i wściekli".

Geje i lesbijki popierają protestujących górników i zbierają dla nich pieniądze. Brzmi jak wątpliwej jakości historyjka wymyślona przez debilnych scenarzystów "M jak Miłość"? Nie, to się zdarzyło naprawdę. W Wielkiej Brytanii w latach osiemdziesiątych. Nie pierwszy to raz, gdy życie przerasta scenariusze. ;-)

Zderzenie dwóch, całkowicie przeciwstawnych światów. Bohemy ceniącej wolność i brak granic oraz górników i ich rodzin, którzy życie oceniali konserwatywnie i prosto, choć nie prostacko. Film pokazuje jak w obliczu zagrożenia i kłopotów można nawiązać więź między nawet tak odmiennymi grupami. Więź, która pozwala na wzajemny szacunek i poznawanie siebie, swoich środowisk.

To jest film, który powinni w Polsce pokazywać co tydzień we wszystkich TV. Nie tylko z tego powodu, że tolerancja to w Polsce zjawisko nadal rzadkie. Także dlatego, że to genialna historia z pozytywnym przesłaniem o tym jak możesz być sobą i robić coś po ludzku dobrego. Polecam w stu procentach.

piątek, 26 czerwca 2015

Moja pierwsza imprezka.

Moja książka była już na targach, ale ja osobiście pierwszy raz na jakichś targach książki czy imprezach kulturalnych byłem z tej drugiej strony. Zawsze byłem jako widz czy odwiedzający. W sobotę jako autor. Muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie.

Przed moim "dyżurem" uznałem, że sukcesem będzie, gdy choć jeden człowiek podejdzie do mnie, mojej książki i ją kupi. Nie nastawiałem się na nic więcej, bo po pierwsze - jestem debiutantem i w zasadzie mało kto zna moją twórczość, po drugie - doskonale wiem, że zazwyczaj na takie imprezy nie przychodzi się po to, by kupić, tylko popatrzeć ewentualnie zebrać gratisy. Po trzecie - akurat tak się zdarzyło, że mój dyżur wypadł w porze trwania największego show na dużej scenie, więc znakomita ilość osób kierowała się właśnie tam. Po czwarte - wydawnictw było chyba koło setki.

W ciągu godziny do mojej książki podeszło sześć osób. Po obejrzeniu i przeczytaniu fragmentu książkę kupiły trzy osoby. W tym jeden starszy pan wdał się nawet w krótką, bo krótką, ale dyskusję. Jestem zadowolony.

piątek, 19 czerwca 2015

Imieniny Kochanowskiego.

Chciałbym poinformować, że będę obecny w sobotę na Imieninach Kochanowskiego w Parku Krasińskich. Co prawda nadal z kontuzjowaną stopą, ale jakoś dam radę ;-)

20 czerwca Ogród Krasińskich stanie się literackim sercem Warszawy. Imieniny Jana Kochanowskiego już po raz czwarty zgromadzą pisarzy, literaturoznawców, poetów, muzyków oraz aktorów. Kiedy awangarda jest awangardowa? Czy pisarze lubią krew? Komu potrzebne są nagrody literackie? Spotkania z pisarzami, rozmowy o Franciszce i Stefanie Themersonach, mecz literacki na utwory awangardowe oraz spotkani klubów książki - już w najbliższą sobotę 30 czerwca odbędą się 4. Imieniny Jana Kochanowskiego.

Tutaj jest lista wszystkich autorów:
http://www.bn.org.pl/imieninyjana/autorzy

Może ktoś z czytelników bloga mnie odwiedzi? ;-)

czwartek, 11 czerwca 2015

To cholerne curry!

Jak mocno pokomplikować życie może kontuzja małego palca u nogi...

Kilka dni temu, gdy mogłem jeszcze chodzić, w tramwaju siedziała naprzeciwko mnie młoda dziewczyna. Czytała sobie jakąś książkę. Spokojna była.

Nagle zadzwonił jej telefon. Wyciągnęła go z torebki, zrobiła nieszczególną minę, ale po chwili zaczęła rozmawiać.

- ....
- Po co dzwonisz jeśli mnie nie przeprosiłeś?
- ...
- Nie, nie jestem obrażona. Po prostu czekam na przeprosiny.
- ....
- Nie, nie musisz przyjeżdżać. Poszukałam i mam to curry.
- ...
- No ale po co? Przez telefon możesz mnie przeprosić.
- ...
- Mówiłam, że nie musisz mi przywozić te curry, bo już mam!
- ...
- Nie przyjeżdżaj! Mam już to cholerne curry!!!

Wrzasnęła i telefon z trzaskiem wylądował w torebce.

Pamiętajcie, faceci. Jeśli chcecie skutecznie się pogodzić to sprawdźcie najpierw czy curry zostało już kupione.

środa, 27 maja 2015

Nie rzucaj słów na wiatr, czyli jak etui niepotrzebnym się stało.

Mam nowy telefon. Telefon duży jest. Podatny na upadki przez to. Telefonowi etui by się przydało. Znalazłem na allegro odpowiednie. Mogłem je odebrać osobiście w sklepie w Warszawie. Co też uczynić chciałem.

Zjawiłem się w sklepie. Kolejka z powodu frywolnego podejścia pań do obowiązków nie zmniejszała się, a wręcz przeciwnie. Cóż, więcej w tym sklepie nie kupię, ale na odebranie etui muszę swoje odstać.

Jeden facet, na oko późna zawodówka, właśnie wybrał etui. Wstał i przemieścił się w stronę kasy, by za etui zapłacić. W rękach trzyma owo etui i telefon właściwy, a jeszcze próbuje wyciągnąć z portfela kartę. Zdążył ową kartę podać pani przy kasie, ale tym samym tylko przybliżył moment katastrofy. W ręku miał bowiem wyraźnie o jeden przedmiot za dużo. Padło na telefon, więc telefon padł. Na podłogę. Wyświetlacz zbity. Obudowa strzaskana. Właściciel osłupiały.

Gdy już zebrał się w sobie i telefon z podłogi również, zaczął chwalić się jak szeroki zasób słownictwa łacińskiego zna. Gdy już przestał się chwalić, zaczął myśleć. Popatrzył na panią i rzekł:
- Widzi pani jakiego, kurwa, mam pecha? Żeby rozwalić telefon przy okazji kupna etui??
- Tak, to pech.
- Wie pani co? Czy ja mogę teraz zwrócić to etui, bo w sumie jak mi się ten telefon rozwalił, to bez sensu to etui kupować...
- Ciężko będzie, bo ja już paragon nabiłam... - Pani wyraźnie nie chciała rozstać się z gotówką.
 - No ale ja mam prawo oddać etui w ciągu 14 dni, tak?
- No ma pan prawo, ale...
- Ale bez żadnych "ale" mi tu, kurwa, proszę! Zwracam etui i poproszę o pieniądze!

Facet znów się wzburzył i znów na własną zgubę. Jeden z gwałtowniejszych ruchów ręką sprawił, że telefon ponownie znalazł się na podłodze. Tym razem telefon odszedł do Krainy Wiecznych Łowów. I to w kilku częściach.

Tym razem chwalenie się łaciną trwało zauważalnie dłużej. W końcu pechowiec zwrócił się do pani przy kasie:
- To odda mi pani te pieniądze, kurwa, czy nie?
- Tak, proszę. - Pani przy kasie wiedziała, że tym razem to nie przelewki, więc zaprzestała wszelkich prób oporu.
- No! - Pechowiec wrzucił resztki telefonu do kosza. - Więcej tu już nigdy nie przyjdę!

I wyszedł.

Po około 10 minutach cichutko otworzyły się drzwi wejściowe i wszedł pechowiec. Zmieszany w dość mocnym stopniu. Milcząco zbliżył się do kosza i jął w nim grzebać. Chwycił korpus telefonu, wyciągnął coś z niego i wstał.
- Karty sim zapomniałem wyciągnąć. - Rzucił.

I wyszedł. I już nie wrócił.

Nigdy nie mów "nigdy". Nawet podczas wykładu łaciny z dużą dawką ciśnienia. 

piątek, 22 maja 2015

poniedziałek, 18 maja 2015

Po Komunii.

Przeżyliśmy, choć zmęczenie wychodzi z nas dopiero teraz. Inia też bardzo przeżywała, ale na szczęście duchowo.

Inia miała szczęście do księdza. Zakazał strojenia się. Zakazał wyróżniania się. Wszystkie dzieci mają być ubrane tak samo. Na szczęście to zostało dotrzymane. Co do reszty niestety nie mogę tego powiedzieć...

O samym przebiegu uroczystości mogę powiedzieć jedno: nie ma takiego zakazu i nie ma takiego ustalenia, które by rodzice nie mieli w d...okładnie tam. Może sobie ksiądz od dwóch tygodni apelować o nierobienie zdjęć w czasie mszy. Może to powtórzyć tuż przed uroczystością. A znajdzie się wielu, którzy i tak będą robili zdjęcia, filmowali, wychodzili na środek kościoła. Mogą rodzice ćwiczyć przebieg, a i tak jakiś dureń zrobi nie tak jak trzeba w nieodpowiednim momencie i stado baranów podąży za nim.

Jestem tym wszystkim zniesmaczony i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że w podniosłych chwilach ludzie tracą przyzwoitość, a zasada "po mnie choćby potop" uaktywnia się z pełną mocą.

Najważniejsze jednak, że Inia była zadowolona. Tylko to się liczy. ;-)

środa, 13 maja 2015

Wywiad.

Nie sądziłem, że przygotowania do Komunii Ini zajmą tyle czasu...

Z tego też powodu nie będzie mnie jednak w weekend na Targach Książki. Sama książka będzie.

Z ważnych wydarzeń zanotować można mój wywiad dla Warszawska Kulturalna. Można go przeczytać tu:
http://issuu.com/warszawskakulturalna/docs/warszawska_kulturalna_nr_16_maj_201/8?e=1

Sam wywiad zaskoczył mnie mile, bo pytania były ciekawe. ;-)

środa, 6 maja 2015

Nie zjadłam Lusi!

Stoi sobie w tramwaju kobieta. Dobrze ubrana, spokojna. Dzwoni jej telefon. Odbiera i zaczyna rozmawiać. W ten sposób stałem się świadkiem jednej z najdziwniejszych rozmów jakie kiedykolwiek słyszałem.

- ...
- Mamo, już Ci wybaczyłam, że oddałaś mnie do sióstr.
- ...
- Nie, nie gwałciły mnie.
- ...
- Tak, jestem hetero.
- ...
- Nie, nie jestem satanistką.
- ...
- Mamo, wegetarianizm to nie jest sekta.
- ...
- Nie, wegetarianie nie jedzą psów. W ogóle nie jedzą mięsa.
- ...
- Kotów też nie.
- ...
- Nie, mamo, Lusia uciekła. Ja jej nie zjadłam.
- ...
- Dobrze, mamo, przyjdę jutro na obiad.
- ...
- Nie, będę sama. Piotrek nie przyjdzie.
- ...
- Nie, on mnie też nie gwałcił.

Rozmowa się zakończyła. Telefon został schowany, a ja tkwiłem na miejscu. Zaszokowany.

środa, 29 kwietnia 2015

Rozmowy przy wiacie i flaszce.

W Warszawie wymieniają wiaty przystankowe na takie nowsze, ładniejsze. Czy wygodniejsze to kwestia sporna. Miejsce do siedzenia jednak mają. Przy naszym przystanku wymienili również. Mogę teraz spokojnie usiąść na te kilka minut, gdy tramwaju oczekuję.

Tak byłoby i tym razem, ale spostrzegłem, że na ławce ktoś siedzi i... śpi. Jako że już kilkakrotnie miałem przygody ze śpiącymi publicznie, to stwierdziłem, iż jednak nie usiądę obok niego. Przystanąłem więc w pobliżu.

Śpiący nie był samotny. Obok niego stało trzech mężczyzn, w sile wieku. Jeden z nich trzymał w ręku butelkę wódki. Reszta plastikowe kubki. Gdy podchodziłem do przystanku byli w trakcie rozlewania trunku.

W pewnym momencie ten, który spał, też wyjął kubek i wyciągnął go przed siebie. Ten, który trzymał butelkę, nalał do kubka wódki. Ten z zamkniętymi oczami wódkę wypił i kubek schował. Powtarzam - wszystko to robił mając oczy zamknięte. Widząc to jeden z mężczyzn zaczął się śmiać.
- Ciekaw jestem co jeszcze Rychu potrafi po ciemku robić!
- Ty się z niego nie śmiej. Po tym jak mu się dziecko urodziło to potrafi zasnąć w sekundę i gdziekolwiek. Ostatnio staliśmy w kolejce do BHP. Wiesz, wydawali mydło i ręczniki. Nie wiem ile to trwało. Piotrek, ile? - Zwrócił się do trzeciego.
- Z 15 minut. Długa kolejka była. - Odparł trzeci.
- No. I on, wyobraź sobie, po prostu usiadł w kącie i zasnął. Obudziliśmy go jak miała być jego kolej.
- Na stołówce śpi, w autobusie. - Dodał trzeci.
- I robi to tak, że w każdej chwili może się zbudzić.

Zrobiła się cisza. Panowie dopili to, co jeszcze zostało w kubkach. Kubki schowali, butelkę zakręcili. Nagle jeden z nich podrapał się po głowie i rzekł:
- W sumie to miał rację ten, Darwin, z tą ewolucją. Zobaczcie jak szybko Rychu dostosował się do sytuacji. Potrzebuje snu, to wykorzystuje każdą wolną chwilę.

Znów zapadła cisza. Wszyscy pewnie przetrawiali w duchu tę myśl. W końcu odezwał się ten, co posiadał, teraz już pustą, butelkę.
- Mnie to bardziej zastanawia to, że on zawsze wyczuje, że otwieramy flachę. Nawet gdy śpi.
- Myślisz, że to też przez tego Darwina?
- Nie, to przez kaca.  

wtorek, 21 kwietnia 2015

Spotkanie w Kwadracie.

W miniony czwartek, dnia 16 kwietnia, pamiętnego roku 2015, w warszawskim klubie Kwadrat przy ulicy Poznańskiej, odbyło się spotkanie uczestników forum zegarkowego, na którym to spotkaniu Łukasz Błażejak, prywatnie również pasjonat zegarkowy, zaprezentował zbiór opowiadań humorystycznych swojego autorstwa pt: "To nie jest rozmowa na telefon".

W mrocznej atmosferze klubu obecni z przerażeniem wysłuchiwali opowieści Błażejaka o tym jak świat zatrzymał się w oczekiwaniu na lekturę choćby jednego z opowiadań zawartych w tymże zbiorze. Z ulgą przywitali fakt, iż koniec świata nie nastąpił. Nie tym razem. Świat lekturę pozycji Błażejaka wytrzymał.

Wśród zachwytów nad kolejnymi nowymi zegarkami znalazło się miejsce na rozmowę o książce. Rozmowę zarówno o samej treści książki jak i procesie wydawniczym. Jest to bowiem zagadnienie ciekawe dla kogoś, kto nie miał z tym wcześniej do czynienia.

Dobrze jest połączyć przyjemne z pożytecznym. A gdy pożyteczne jest jednocześnie i przyjemnym, wtedy sukces staje się podwójnym. Uczestnicy spotkania w klubie Kwadrat przekonali się o tym w praktyce.




piątek, 17 kwietnia 2015

Autorytet rodzica.

W oczekiwaniu na zdjęcia z mojego pierwszego spotkania autorskiego z kolegami z forum zegarkowego powiem wam, że rodzice często są zaskakiwani przez wiedzę swoich dzieci. Niektórzy wręcz bardzo mocno...

Jadę tramwajem. Na jednym z przystanków wsiada facet trochę młodszy ode mnie. Wraz z nim wsiada chłopczyk z plecakiem na plecach i dziewczynka, młodsza od niego.

Dziewczynka usiadła i zaczęła się rozglądać. Chłopczyk stał nieruchomo i z poważną miną obserwował świat.

Dojeżdżamy do Placu Wileńskiego. Na widok cerkwi dziewczynka bardzo się ożywiła.
- Tatusiu, ale piękny zamek!
- To nie zamek, to kościół. - Odparł tatuś.

Chłopczyk odwrócił się i rzekł poważnym tonem:
- Tato, ale to nie jest kościół. To cerkiew.
- Tak, wiem. To taki kościół żydowski.
- Tato, ale nie żydowski, tylko prawosławny.

Tato poczerwieniał, ale zmilczał.

Jedziemy dalej. Dziewczynka zaczęła się przyglądać napisowi na oknie.
- Tatusiu, co tu jest napisane?
- "Zabujaj się w Warszawie".

I znów chłopczyk popatrzył na napis i odezwał się:
- Tato, ale tu jest napisane "zakochaj się w Warszawie", a nie "zabujaj".

Tym razem tato musiał zareagować na tak jawne podważanie jego autorytetu.
- Lekcje masz już zrobione?
- Przecież dopiero jedziemy do domu. W domu zrobię.

Tatę zatkało.

piątek, 10 kwietnia 2015

Rok po.

Jasny gwint! Akurat, gdy potrzebuję sił, to mi ich brakuje!

Tydzień przed Wielkanocą i samą Wielkanoc wykorzystałem do chorowania i zbierania sił. Wczoraj rzuciłem się w wir pracy ze zdwojonymi siłami i wieczorem... znów ból gardła czuję!

Mam kilka ciekawych pomysłów związanych z propagowaniem książki, ale zobaczymy czy to wypali, więc na razie nie będę o nich opowiadał... ;-)))

Mija właśnie rok od naszej przeprowadzki na Pragę. Co się zmieniło? Właściwie wszystko. Tylko jedno porównanie. W ciągu całego roku na Pradze zdarzył się tylko jeden przypadek głośnej imprezy w nocy, ale i tak po godzinie 2 wszyscy poszli spać. Na Chłodnej? Co najmniej 50 razy w roku, bo w zasadzie co weekend, a i w środku tygodnia bardzo często również...

To jest zupełnie inny świat. Świat, w którym jest... normalnie.

wtorek, 31 marca 2015

Kilka słów o książce. Chorym będąc.

Powoli powinny spływać recenzje tekstu. Rzecz dla mnie najistotniejsza. Ja jestem do swojego stylu przyzwyczajony. Nie zauważam wielu rzeczy, niedociągnięć, przyzwyczajeń. Chcę się dowiedzieć jak mój tekst odbierają ludzie, którzy stykają się z nim po raz pierwszy. Zresztą sama praca z panią korektor była pod tym względem bardzo ciekawym doświadczeniem. Zdałem sobie sprawę ze swoich błędów, na które muszę uważać, ale z drugiej strony był to też czas odpowiedzi na pytanie: "Jak określiłbym swój styl? Co go wyróżnia? Co jest w nim charakterystycznego?".

Na razie mam więc recenzję wydawnictwa:

"Łukasz Błażejak w swojej książce „To nie jest rozmowa na telefon” przypomina stylem Stefana Wiecheckiego, lecz przedstawia świat współczesny, jeszcze bardziej zabawny, bo nam bliższy. W sposób humorystyczny przytacza rozmowy warszawiaków zasłyszane na ulicy, w tramwaju, kinie, parku… Jak się okazuje pruderia nie omija żadnej warstwy społecznej współczesnego Polaka. Zapraszamy do wspaniałej zabawy podczas czytania tej książki."

Inia w weekend pierwszy raz przeczytała całą książkę. Miała dwie uwagi. Za dużo słowa "kurwa". Cóż, podsłuchane rozmowy starałem się przytaczać dosłownie. Druga uwaga to fakt, że często piszę o Ini, w stylu: "Gdy moja trzyletnia córka...". Inia stwierdziła więc: "Wiesz tatusiu, to dla mnie taki pamiętnik jest. Będę potem wiedziała co robiłam, gdy byłam na tyle mała, że tego nie pamiętałam.". ;-)

I jeszcze jedno: choćby Wasz tekst przechodził przez korektę i kilkadziesiąt (a nie kilkanaście jak w moim przypadku) razy to i tak znajdą się literówki, których nie zauważyliście. ;-))

P.S. Z boku dodałem linki. Do księgarni wydawnictwa i do aukcji allegro, gdzie można kupić książkę z dedykacją i autografem. ;-)

piątek, 27 marca 2015

Łukasz Błażejak - "To nie jest rozmowa na telefon". Oficjalnie.

Wraz z wydaniem tej książki i pisaniem następnej, niestety zmienić się też musiało moje podejście do blogowania. Z kilku przyczyny. Po pierwsze blogowo przestaję być tym, kim byłem i staję się znany pod imieniem i nazwiskiem. Rodzi to pewne reperkusje. Czasami wręcz nieoczekiwane, jak np. fakt zwrócenia mi uwagi, że moje teksty w książce mogą być plagiatem, bo zamieścił je kiedyś na blogu ktoś inny...

Długo zastanawiałem się jak tę sytuację rozwiązać. Postanowiłem zacząć od nowa, ale na starym miejscu. Już wyjaśniam zagadnienie.

Mogłem założyć nowy blog, ale przyzwyczaiłem się do tego miejsca. Zmieniłem więc tytuł i niejako podmieniłem autora, bo teraz jestem już na oficjalnym moim mailu z imienia i nazwiska. Próbowałem, kombinowałem i okazało się, że da się to zrobić. Chyba nawet obserwatorzy mojego bloga nie stracili linków.

Dlatego też zniknęły komentarze pod ostatnim postem. Dziękuję za nie i jednocześnie przepraszam za usunięcie Annette, Adewmo i Uliszko.

Nie wiem jaki charakter będzie miał TEN blog. Z pewnością będzie bardziej informacyjny, bo będę tu zamieszczał informacje okołoksiążkowe. Z kolei moja druga książka, będzie już fikcją literacką, choć pomysły będę czerpał z życia. Pewnie więc nadal będę zamieszczał na blogu moje spostrzeżenia na temat codzienności. Zobaczymy jak to będzie w praktyce.

Przez kilka następnych dni będę grzebał sobie w ustawieniach na blogu. Zamieszczę też linka do księgarni wydawnictwa. Książka będzie w sprzedaży w wielu księgarniach, także stacjonarnych, ale ja będę jednak polecał kupno w samym wydawnictwie. ;-) Dla osób, które chciałyby kupić książkę z moją dedykacją i podpisem, zamieszczę link do aukcji na allegro.

Najgorsze jest to, że będę musiał założyć konto na facebooku... ;-))

środa, 25 marca 2015

Moja książka.

Dziś takie pudełko do mnie dotarło...


To egzemplarze autorskie mojej książki, debiutu literackiego. Ta paczka to tak naprawdę dopiero początek pewnego etapu, ale aby do tego etapu dojść, musiałem przez inne przejść...

Pomysł wydania książki pojawił się kilka lat temu, ale ziścił się w zasadzie pod koniec roku ubiegłego. Wtedy zacząłem konkretnie pracować z wydawnictwem. Wymiana setki wręcz maili, korekta, rozmowa o okładce (była tworzona zgodnie z moją wizją). Ciężki, ale satysfakcjonujący proces.



Do tej pory trwała praca nad tekstem, a teraz będzie praca nad książką. Reklama, pewnie jakieś spotkania. W zasadzie nie wiem jak to wszystko będzie wyglądało. Jak się moje życie zmieni i czy się w ogóle zmieni. Staram się do tego podchodzić na spokojnie. Zbierać doświadczenia przed następną książką. Mam nadzieję, że następną... ;-))

O czym w ogóle jest ta książka? To zbiór historyjek z życia wziętych. Większość była zamieszczana tutaj w ciągu 10 lat istnienia bloga, ale została przeredagowana i poprawiona. Wybrałem tylko te, które mają nutkę humoru, bowiem w założeniu ma to być książka, która rozbawia. Sprawia, że łatwiej znosić trudy codziennego dnia.

Książka w sprzedaży będzie za kilka tygodni. Najprawdopodobniej będę też na Targach Książki w Warszawie w maju, choć termin targów koliduje z I Komunią Ini, więc nie wiem jak z tego wybrnę. ;-))

Cholernie się z tej książki cieszę, o. ;-))